RSS
 

ryczące czterdziestki – z cyklu chimerkowe głupawki

26 mar

Właśnie skończyłam czterdziestkę. Od wieków słyszę, że kobietom po czterdziestce podobać się zaczynają mężczyźni po dwudziestce. Zdaje się, że nawet pisali, dlaczego. W wyniku procesu myślenia, który na szczęście nie jest mi obcy, wydedukowałam, że nie mogę mieć jeszcze czterdziestu lat, albowiem mnie nie pociągają mężczyźni młodsi ode mnie ;) Dodam tu tylko, że zarówno mężczyźni, jak i kobiety, to wspaniałe dzieła Natury, czy też boże, lub jak kto tam zwał, zatem mogą być pociągający nawet dla osób związanych z innymi pociągającymi osobnikami. Czysta biologia i jeśli to dobrze pojąć i zrozumieć, nie popada się w żadne kłopoty ;)

W toku dalszych dywagacji, zaczęłam zastanawiać się nad tym stanem rzeczy i doszłam do wniosku, że nie mogłam skończyć jeszcze czterdziestki. Inaczej pewnie, jako rycząca czterdziestka stałabym teraz z wywieszonym językiem pod oknami uczelni śliniąc się do studentów. Koleżanka moja, jedna z ulubionych, twierdzi, że mężczyzna osiąga pełny rozwój intelektualny w wieku 4 lat, a potem już tylko rośnie. Mam inne, może mniej żartobliwe zdanie na ten temat. Mężczyzna osiąga pełny rozwój intelektualny, dodałabym: i emocjonalny, kiedy jest już dobrze po czterdziestce. A że najbardziej pociągającą częścią mężczyzny, jak wiadomo, jest mózg, a zatem panowie przed czterdziestką są jeszcze za młodzi. A jako, że mnie moje procesy myślowe nierzadko przyprawiają o głupawkę, zatem ja naprawdę nie mam jeszcze czterdziestu lat, bo to krótko mówiąc – niemożliwe! 

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ciężar dorosłości w cycki nie idzie…

04 mar

Sterylność i higiena, to teraz najważniejsze priorytety. A kiedyś najlepiej smakowała oranżada w proszku zlizywana prosto z brudnej łapy, która to uprzednio wraz z drugą była wykorzystywana do wspinania się po kontenerze w śmietniku w celu ratowania małych kotków. Wcześniej jednak łapało się nią pająki, albo wyciągało zdechłe raki ze stawu. A tak. Najlepsze zabawy, to te najbrudniejsze. Kontakt z naturą nikomu jeszcze nie zaszkodził. Najfajniejsze były latem momenty po deszczu, kiedy wokół pni drzew robiły się ogromne kałuże i można w nich było siedzieć tyłkiem obleczonym w krótkie spodenki i taplać się w błocie. O 19:00 mama wołała na dobranockę i wszystkie brudne dzieciaki znikały w domach a po dobranocce darły się wniebogłosy, kiedy je trzeba było szorować do kolacji.

Bo dziecko nie myśli, czy jest brudne, czy czyste, czy coś wypada, czy nie wypada i jaki może być ciąg zdarzeń. Cieszy się życiem nie rozważając konsekwencji. Żyje chwilą i nawet nie myśli, że ona ulotna. Bo i po co? Chwila to chwila, zaraz będzie następna – równie fajna. A potem takie dziecko powoli przeistacza się w szaleńca koncentrującego się wyłącznie na negatywach, deprecjonującego pozytywy. Biadoli nad nadmiarem kilogramów po kolacji jedzonej o północy, ale już po fakcie. Bo kiedy się je, to czasem wraca się do dzieciństwa i czerpie na maksa z owej chwili, mrużąc oczy i pławiąc się w endorfinach, które odcięte brutalnie ostatnim kęsem przenoszą gwałtownie w czasie. I te wszystkie stereotypy, doświadczenia i wiedza spada na delikwenta i dusi powodując wyrzuty sumienia.

Taką właśnie sobie analizę zaserwowałam kończąc tort swój urodzinowy. Leżę teraz jak mors nażarty i biadolę modląc się, żeby poszło w cycki ;) Nie pójdzie. To sobie leżeć będę dalej i jest cudownie – i tego się będę trzymać choć endorfiny ulatują i już prawie znikły. Człowiek jest istotą chemiczną i nie ma co filozofować. Wystawiony na pastwę hormonów, które władają jego mózgiem. Euforia przeradza się w depresję. Jak u szaleńca. Dziecku brakuje wiedzy i doświadczeń, dlatego czerpie z życia pełną piersią, choć może jawniej przeżywa emocje, bo jeszcze się nie nauczyło, że nie powinno się głośno beczeć i rzucać się w kałużę waląc kończynami, kiedy coś nie wychodzi ;) Ale potem znów jest ok, bo dopada je następna fajna chwila.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Chimerka o diecie cud ;)

29 gru

W ogóle nie wierzę w noworoczne postanowienia. Na co to komu? Wierze w konsensusy i wolne wybory :)

Podam przykład wspaniałego konsensusu. Otóż odkąd pamiętam, od zarania dziejów stale się odchudzałam. Stale byłam na jakiejś diecie, w związku z czym stale też się nażerałam z powodu depresyjek wynikających z rygorów, które stale łamałam. Cała ja, jak i cały niemal rodzaj mój kobiecy. Tak właśnie mamy. Często. Nawet te, które uparcie twierdzą, że ich to nie dotyczy, bardzo się trapią każdym dodatkowym kilogramem i każdą fałdą własnego ciała. A to silniejsze teraz, niż kiedykolwiek w historii. Teraz, kiedy lansuje się komputerowo powyciąganych, wygładzonych i wyszczuplonych pięknych ludzi w mediach.

Kompromis polega na tym, żeby odmawiać sobie czegoś na rzecz czegoś innego. Nie znoszę kompromisów. Konsensus, to odnalezienie zupełnie nowego rozwiązania, żeby wilk był syty i owca cała.

Tak więc od ponad roku nie staję na wagę. I żeby żywym ogniem mnie przypalali na niej nie stanę. Jem sobie z przyjemnością, tyję radośnie, akceptuję to tycie, jakie by nie było. Jednakże tycie – o dziwo – wcale nie jest zauważalne. Poleguję sobie szczęśliwa oddając się zupełnie innym rozmyślaniom. Żadna tam cyfra nie będzie mnie ograniczać!

Wymyśliłam zatem najprostszą dietę świata. NIE WAŻYĆ SIĘ! Efekty są fenomenalne, bo frustracji się nie zajada i je się normalnie. Oczywiście dieta moja cud jest dla tych, co mają urojenia, a nie tych, którzy mają rzeczywisty problem.

Pierwsze co się traci przy odchudzaniu to mięśnie i woda. Zanim się dojdzie do pokładów tłuszczu mija wiele miesięcy reżimu i zazwyczaj, kiedy organizm zacznie się dobierać do tłuszczu, żeby go zacząć spalać – entuzjazm mija i wraca się do starych nawyków destabilizując organizm. Organizm myśli bowiem inaczej – magazynuje, kiedy ma niedostatek. A zatem kocham moje wszystkie pokłady tłuszczu i będę je z radością uzupełniać, ku uciesze mojej.

Pokochaj SIEBIE w Nowym Roku… Kimkolwiek jesteś, a wtedy świat pokocha Ciebie. A jak Cię nie pokocha, to przynajmniej jedna osoba kochać Cię będzie naprawdę, niezależnie od tego kim jesteś i jak wyglądasz. Twoje odbicie w lustrze :) To jedna z trudniejszych miłości, mimo, że jej przedmiot w zasięgu ręki, zawsze blisko – niech chociaż będzie szczęśliwy :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

kłamstwa, kłamstewka, mijanie się z prawdą – z cyklu: chimerkowe rozmyślanki

16 cze

Z moją czcigodną matką układ mam następujący – ona nagminnie okłamuje mnie, że jest u niej wszystko ok. Ja nagminnie okłamuję ją, że prawidłowo się odżywiam spożywając rośliny i inne glony. Prawda o mojej matce wychodzi na jaw, kiedy po kilku dniach od rozmowy z nią – żarliwie zapewniającą mnie, że wszystko ok – okazuje się, że złamała rękę albo zwichnęła nogę tudzież inne biodro, ponieważ akurat miała ochotę łazić po drabinie. Trzeba ją na tym nakryć, bo sama się nie przyzna. U mnie jest łatwiej, bo na szczęście nie wymaga się ode mnie analiz tego i owego. Nasz układ wykształcił się bardzo dawno temu. Zważywszy, że obie jesteśmy upartymi osłami – układ ma za zadanie przeciwdziałanie zrzędzeniu, ale też uchronienie drugiej przed zmartwieniami.

Wszyscy kłamią. Jeśli ktokolwiek twierdzi, że nigdy nie skłamał – kłamie. Kłamiemy w sprawach błahych i poważnych. Kłamiemy, żeby sprawić komuś przyjemność, albo nie urazić. Kłamiemy na poczekaniu i z namysłem. Kłamiemy chcąc zrobić na kimś wrażenie, kłamiemy, żeby zachować twarz, albo kiedy się boimy. Bardzo często okłamujemy samych siebie :) Rozwijając się, dzieci kłamią na potęgę i – paradoksalnie – to dobry objaw, oznacza, że ich mózg rozwija się prawidłowo. Gdyby sobie tak wyobrazić społeczeństwo, które mówi wyłącznie prawdę i to całą prawdę – katastrofa murowana. Zamienilibyśmy się w aspołeczne, wyizolowane typy, które ranią się wzajemnie na każdym kroku. Bo prawda bywa bolesna. Albo staje się problemem nie do rozwiązania.

Jeśli się założy, że tak właśnie jest i to się nie zmieni – nie traci się energii na przeżywanie rozczarowań. Ot to po prostu my, LUDZIE. Z gruntu dobrzy i z gruntu źli. Fascynujący. Wspaniali, bo mimo wszystko potrafimy ufać. Ufamy, wierzymy i jest nam dobrze, póki się nie natniemy. A wtedy – bywa – wybaczamy.

Dziś przed lusterkiem, w ramach ćwiczeń narcystycznych, łgałam jak pies swojemu odbiciu :) Tęczowo zapowiada się poniedziałek (kolejne kłamstewko?). Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą – jesteśmy piękni i cudowni, kochamy poniedziałki. Kropka. Dzień dobry :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

małe dziewczynki

16 cze

Rzecz będzie się miała o małych dziewczynkach. Małe dziewczynki są przesłodkie – noszą białe rajstopki, różowe sukieneczki, różowe torebeczki z cekinkami i śliczne różowe balerinki. Ujmujące są takie przykładowo 6-letnie stworzenia. Uśmiechają się, mrugają wielkimi oczami, przemawiają cieniutkimi głosikami. Jednak zdarzają się małe dziewczynki, które pomimo swoich różowych trykotów i buziek aniołków czasami bywają zaskakująco odrażające w swoich zachowaniach. Małe dziewczynki, choć i mali chłopcy – oczywiście, których ktoś naznaczał od małego wtapiając w swój smutny, czarny świat. Oto jestem sobie na placu zabaw ze swoją małą 6-letnią dziewczynką. Moja dziewczynka ma trampki, powyciąganą bluzę i przykurzone dżinsy, do tego ma piasek w skarpetkach i trawę w przekrzywionych kucykach. Nie jest wymuskana, ale nieskalana jest jeszcze spatologizowanymi zachowaniami odbiegającymi od normy.

Czytam książkę i obserwuję, jak moja mała dziewczynka łazi po drabinkach, jak się śmieje szczerbatą buźką. Na drabinkach zebrało się 5-cioro małych dzieci. Dołącza do nich inna sześcio-, czy siedmio-latka. Taka właśnie wymuskana w swoich białych rajstopkach, różowej sukieneczce i lakierkach, przez małe ramionko przewieszoną ma śliczną torebeczkę z Hello Kitty. Uosobienie czystości, maleńka, różowa modystka, jak żywcem wyjęta z żurnala. I nagle, właśnie to wymuskane, piękne dziecię o jasnej, gładkiej buzi, trzymając się małymi łapkami drabinek wrzeszczy: „no, kurwaaa… jakieś tu gówno na drabince. Ktoś tu nasrał!”. Kiedy przykuła już uwagę całej 5-tki rozpoczęła swój wykład: „a wy wiecie co to gówno? To kupa, śmierdząca, jaka każdemu człowiekowi wychodzi z dupy. Widziałam bandytę, leżał w takim gównie a głową w sikach. Tak, kurwa, było”. Wykład na temat ludzkich odchodów i rzygających meneli trwał. Dziewczynka mówiła głosem donośnym i słodkim. Plugastwo jej przemówienia wypływało z jej różowych usteczek, oczy lśniły objawieniem. Demon patologii w małej dziewczynce wykrzywił jej twarz w okropnym grymasie. Nie gardzę przy tym biednym tym dzieckiem w białych rajstopkach. Może to jej fantazja, a może faktycznie opisywała swoją rzeczywistość.

Zastanawiałam się jednak przez chwilę, czy nie zrzucić demonka z drabinek. Chyba nie miałabym żadnych oporów, bo nie było w tym dziecku nic miłego, co by mnie powstrzymało. Swojej małej nie zabrałam, musiałam z nią o tym porozmawiać. Większości wypowiedzi demonka nie zrozumiała.

Świat nie jest dobry. Świat też nie jest zły. Świat jest taki, jakim się go postrzega. Dokładnie taki. Doświadczenia można przyjmować na dwa sposoby – załamując się i poddając, albo ucząc się i wzmacniając.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

o elitach, z cyklu pseudoanalizy chimerkowe

07 mar

Do jazz’u jeszcze nie dojrzałam i go nie rozumiem, jako i nie rozumiem zamiłowania do owoców morza. Zarówno zamiłowanie do jazz’u jak i owoców morza do niedawna uważano za zamiłowania elitarne. Do elit zatem nie należę. Niespecjalnie się tym przejmuję, jeśli miałoby mnie określać słuchanie, z całym szacunkiem, niezrozumiałych dla mnie zgrzytliwych jazgotów i jedzenie oślizgłych wodnych ślimaków czy gumiastych kałamarnic, jak nie przymierzając bocian. Z całym jednak szacunkiem dla miłośników – mam swoje prawa nie lubienia pewnych rzeczy i wybrzydzania.

Z tymi elitami to jest tak, że owe elity chcą się czuć wyjątkowo wyjątkowymi. Jeśli ktoś zna się trochę na statystyce i rozkładach prawdopodobieństwa i kiedykolwiek słyszał o rozkładzie normalnym (in. Gaussa), którego wykres wygląda, jak położony na stole kapelusz i dlatego nazywa się krzywą dzwonową, to jest to świetna rzecz, która objaśnia niemal wszystkie zjawiska w naturze, ekonomii, biznesie i gdzie tam się chce. Otóż ten wykres pokazuje, że w każdej zbiorowości zawsze jest jakaś średnia i stanowi ok. 70%. I zawsze są odchylenia od średniej – po dwóch stronach. Ujemne względem owej średniej z lewej i dodatnie z prawej. Każde z tych odchyleń, to po ok. 15%. W ogromnym uproszczeniu to opisałam, oczywiście :) Najciekawsze jest to, że w każdym ogonie mieści się kolejny kapelusz i można tak dzielić i dzielić. To jak odbicie lusterka w lusterku.

I teraz np. zazwyczaj ok. 70% zbiorowości ludzkiej charakteryzuję się w różnym stopniu, ale przeciętnym intelektem, ok. 15% to mniej lub bardziej kretyni i ok. 15% to ludzie wyjątkowo inteligentni. Mniej lub bardziej, ale inteligentni powyżej średniej. Podobnie rzecz się ma z wynikami w pracy, szkole – 70% przeciętniaki; 15% wybitnych; drugie 15% – beznadziejnych. Zatem, idąc tym tropem – są pewne rzeczy, które dostępne są tylko dla ok. 15% osób – np. z tzw. elit. Chodzi o kasę. Przeciętniaki nie mają kasy na te rzeczy, a 15% najbiedniejszych nie ma na nic. Z intelektem rzecz jest ciekawa – gdyby przedstawić na wykresie to, co myśli o swoim intelekcie większość – średnia przesunęłaby się na tę stronę ponadprzeciętną.

Kiedyś, dawno temu owoce morze w PL były niedostępne i elity objadały się nimi zagranicą. Podobnie jest z upodobaniami muzycznymi, jest ok. 70% osób, które słuchają muzyki popularnej, a ogony słuchają niszowej. I tym powyżej średniej muzyka niszowa dla elit może się faktycznie podobać, choć zakładam, że nie zawsze. Zatem pewne jednostki wśród elit, jeśli nawet nie lubią – na ten przykład jazzu – to i tak będą go słuchać, żeby się wyróżniać i trzymać z innymi z niszowymi upodobaniami. W zasadzie nie jest to tak proste, jak to zaprezentowałam, bo przecież nie tylko elity słuchają jazzu, ale to mój taki przykład. Chodzi o to, że elity zawsze chcą mieć niszowe upodobania i krzywią się, jeśli są im zagarniane – owoce morza, sushi, golf, polo i takie tam. Obecnie dostępne dla coraz większej liczby przeciętniaków. Elity muszą szukać nowych, wyjątkowych i drogich upodobań typu kuchnia molekularna i inne eksperymenty niedostępne dla rzesz. Jak również niszowe zamiłowania, nie koniecznie drogie, jak np. muzyka. I nie odbieram tu absolutnie wrażliwości ludziom słuchającym jazzu – na pewno mają taką, hmm.. wysublimowaną.

Z pozdrowieniami jednak dla wszystkich snobów, którzy tylko udają, że coś lubią, żeby się czuć częścią elit różnej maści. Bo wtedy czują się po prostu lepiej w swoich jestestwach.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zadnia strona chimerki, z cyklu wspominki weekendowe

17 lut

Są takie chwile, które pomimo pozornej banalności sprawiają zadziwiająco wiele szczęścia. I niby nic, niby żadna tam wielka przygoda, ale daje więcej niż cokolwiek innego.

Chimerkowe Dziecię ma domek. Tekturowy taki – metr na metr niespełna. Można na nim malować i siedzieć w środku. Ma otwierane okienka i drzwiczki. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy nakryłam w tym domku moją szacowną Rodzinkę, sztuk dwie. Siedzą sobie w środku i się cieszą. Schowali się przede mną. I niby nic w tym dziwnego – ot siedzą sobie w domku. Tyle, że jedna sztuka, to moje dziecko o małych gabarytach, a druga to rodzony Jego Wysokość, 187 cm wzrostu, ponad 80 kg żywej wagi. Stłoczeni siedzą w tym domku i ryczą ze śmiechu. Zainspirowana wspomnieniem rekordów Ginesa w „ilu ludzi zmieści się do Fiata 126p”, niewiele myśląc, wtarabaniam się do domku, by czym prędzej dołączyć do imprezki. Rekordu nie pobiliśmy, bo mi dupsko zostało poza domkiem, ale kitranie się do tego domku w stanie agonii śmiechowej, dreszcz emocji związany z ryzykiem rozerwania domku i zmiażdżenia dziecięcia drobnego – nie miał sobie równych :)

Gdyby nie moja zadnia strona, na którą czasem z ubolewaniem spoglądam, frajda byłaby nielicha. Jednakże moja zadnia strona niestety często krzyżuje mi szyki :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dumna i blada, a do tego szykowna; z cyklu chimerkowe wpadki

17 lut

Dziś zasadniczo nie jest ślisko, co nie przeszkadza, żeby z właściwym sobie urokiem rozjechać się na schodach prowadzących do mojego biurowca. W zasadzie najgorsze wcale nie jest to, że bolą określone części ciała biorące udział w wypadku; najgorsze jest to, że duma boli potwornie i żaden ból fizyczny nie jest w stanie przebić zranionej dumy. Bo i jak ma duma nie boleć, kiedy idziesz sobie pewnym krokiem, dumna, blada i do tego szykowna, elegancka spiesząc do pracy i nagle wywijasz orła na oczach wielu innych dumnych, bladych i szykownych? Nikt tak szybko nie podnosił się nigdy z upadku niż ja dziś na tych schodach :) Perfekcyjnie wyszło spalenie głupa, tego każda sierota musi się uczyć od dzieciństwa ;)

Traf chciał, że jestem dzieckiem szczęścia. Nic bowiem nie doskwiera żadnej części ciała biorącej udział w wypadku.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

pacyfikowanie onieśmielaczy

15 lut

Przecież to moje dziedzictwo!!! 12-letni blog to już niemal, jak 12-letnia whisky. Jeszcze kilka lat i będzie to produkt unikatowy poprzez swoją długowieczność! :) Wróciłam.

Na zachętę podzielę się receptą na opanowanie onieśmielenia wywoływanego zazwyczaj przez osoby dominujące, nadęte, lub po prostu Wielkich i Ważnych Z Ich Punktu Widzenia Panów Dyrektorów. A zatem:

W ramach wprowadzenia – każdy mniej lub bardziej ma coś z głową. To coś w głowie powoduje, że pewne zachowania u innych onieśmielają nas. Ci inni robią to celowo lub zupełnie nieświadomie. To, że pewne zachowania innych wywołują onieśmielenie jest ulokowane, jako problem, w osobistej głowie onieśmielanego.

Jako, że jestem nadętym narcyzem z moją pewnością siebie jest w miarę dobrze, jednakże są osoby, które potrafią mnie onieśmielać. Nauczyłam sobie z tym radzić na 2 sposoby:

1) Popatrzeć na delikwenta i poprzez wizualizację, spróbować sobie go osadzić w sytuacjach, które absolutnie nie dodają mu powagi. Delikwent, jako i my jest człowiekiem. Delikwent, jako i my ma swoje potrzeby. A zatem robi najzwyklejszą w świecie kupę i puszcza bąki; potrafi zapewne upić się i przymilać do taksiarza, a czasem narzygać na tapicerkę…. Nic co ludzkie nie jest nam obce – spacyfikowany? Z wizualizacją trzeba uważać, żeby nie roześmiać się podczas, gdy on wygłasza jakieś Bardzo Długie I Bardzo Skomplikowane Motywacyjno-Strategicznie Sformułowane Przemowy w naszym kierunku. Tym bardziej, jeśli to nasz szef lub SZEF SZEFÓW!

2) Delikwent był kiedyś dzieckiem. Małym chłopczykiem o piegowatej buzi, ze smarkami pod nosem i smugami z czekolady na policzku. Dorzucamy szczerbaty uśmiech. Możemy sobie wyobrazić, jak idzie biedaczek, malutki taki, ulicą z tornisterkiem tudzież plecaczkiem, którego jedna szelka zwisa mu z ramienia. Przebiera cienkimi nóżkami i rozmyśla o latawcach. Spacyfikowany? Ta wizualizacja wzbudza czułość do delikwenta :)

Tak uzbrojeni jesteśmy gotowi do załatwiania interesów z nadętymi puzonami, albo z groźnymi osobnikami, których nie znosimy. Namierzamy choćby wyimaginowane słabości, podkręcamy, podkolorowujemy i już czujemy się pewniej :)

Z pozdrowieniami. Chimerka odrodzona :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

a Życie jest piękne i pachnie łąkowymi kwiatami

09 maj

Trochę dorastam. Stałam się ostrożna i uważna, co nie zmienia faktu, że podczas Majówki udało mi się jednak zrobić sobie mniejszą lub większą krzywdę, jak nie sobie, to moim gospodarzom ;) Cudowna była ta Majówka. Spędziłam tydzień z moją rodziną w pięknym miejscu na Mazurach – Garbatych z resztą – w cudownie klimatycznym przedwojennym domu, w którym czuć drewno i kamień. Wieczorami rozchodzi się sentymentalnie urzekający zapach gnojówki rozrzucanej na pola, a kwiaty łąkowe szaleją wszędzie – między trzcinami, zlewając się z jeziorem, wdrapując na pomosty. W tym wszystkim ja z aparatem :) Łapiąc cudne, życiowe ujęcia brodziłam w lodowatej wodzie, leżałam w błocie, poparzyłam kark pokrzywami. Ujęcia życia są. Niestety w większości prześwietlone :( wieczory spędzam teraz na ratowaniu moich życiowych ujęć, których jest ze 2 tysiące ;)

W ferworze altruizmu, ostrzegając A., żeby nie łaziła po metalowych ramach w stodole, odwróciłam się i dałam sobie centralnie w oko skoblem od bramy do stodoły, 15 minut wcześniej miałam bąble po pokrzywach na karku i zakwasy, bo dzień wcześniej dętka w rowerze poszła mi przeszło 10 km od domu. Wracałam piechotą w oparach gnojówki. Całe szczęście z Przyjaciółkami, które po tym doświadczeniu określam tym dumnym mianem, albowiem nie zostawiły mnie z moją pękniętą dętką :)

Najważniejsze dokonanie i sukces na wielką skalę to nauczenie Chimerkowego Dziecięcia lat 4,5 słowa EKWILIBRYSTYKA – bez zacięcia i z pięknym „r”. Jestem dumna. Nota bene Chimerkowe Dziecię zakochało się w 11-letnim synu gospodarzy. Ładny chłopaczek, bardzo mądry – potrafi wymienić łacińskie nazwy wszystkich robali świata. Pasują do siebie. Starzeję się. Siedziałam w fotelu patrząc, jak grają w grę i myślałam sobie o tym, jak brzmiałoby imię mojego dziecka, przy nazwisku nowego obiektu jej westchnień :) Nowego. W przedszkolu ma całych dwóch :) Ciekawe po kim taka kochliwa ;)

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

niełatwo jest być geniuszem

18 mar

Kreatywność – fajna cecha, ale każda zaleta może być również wadą. Nadmiar kłębiących się w głowie pomysłów, wpadanie nowych, inspirowanie się wszystkim wokół powoduje, że miewam wpadki rozmaite, błądzę, wstawiam czajnik do lodówki i nie słyszę, co mówi do mnie Jego Wysokość. To wygodna właściwość, szczególnie wtedy, gdy Jego Wysokość mówi do mnie o rzeczach dla mnie niewygodnych :)

Niemniej kreatywność taka, niech już się tak nazywa, jest utrudnieniem, jeśli nie jest odpowiednio zarządzana. Objawia się to – ni mniej ni więcej – bardzo poważnym galimatiasem w głowie. Nadmiar myśli rozpiera się do granic możliwości naciskając i szarpiąc ścianki kory, by się wyrwać. Murowane rozproszenie uwagi i dekoncentracja. Mózg jest pojemny, ale nie do przesady – nie starcza więc miejsca na skrupulatne listy zakupów, spraw bieżących do załatwienia, rzeczy ważnych do zrealizowania.

Na upartego dopatrywać się w tym można jakiegoś, jeszcze nie odkrytego geniuszu :) Toż genialni naukowcy zwykle mają problem z ogarnianiem rzeczywistości :)

Od kilku lat jest lepiej – nie, żebym nagle zatraciła podobieństwo z genialnymi tego świata, wystarczyły 2 proste zabiegi – zapisywanie i planowanie. Proste. Nadmiar myśli systematycznie wyrzucam z głowy zapisując je – listy są czasem długie: bieżące problemy, odwieczne problemy, pomysły do zrealizowania, rzeczy do zrobienia na już, rzeczy do zrobienia na kiedyś oraz bieżące listy zakupów itp.
Oto mam za sobą krok pierwszy – uporządkowanie bałaganu w głowie, wszystko od razu staje się przejrzyste, problemy nabierają kształtów i jak się okazuje wcale nie są takimi potworami, jakby się wydawało. Pomysły wreszcie mogą zostać rozpisane i przekształcone w projekty. Sprawy do załatwienia posortowane i sklasyfikowane, opatrzone terminami realizacji i wprowadzone do kalendarza. I co się okazuje? Głowa staje się lekka i rzeczy zaczynają się dziać. Kalendarz pilnuje terminów realizacji. Oszczędność czasu i energii OGROMNA. Od kilku lat STARAM SIĘ stosować te 2 proste sposoby: zapisuję/rozpisuję i planuję realizację. Jest mi lepiej :) Niemniej jednak czasem zdarza się zabłądzić, wejść na szklane drzwi, czy też strzelić gafę. Innymi słowy – uwielbiam bujać w obłokach przesiadując niemal stale w swojej własnej głowie.

Wiosna przyszła. Mrówki wyszły. Na razie tylko zwiadowcy, jak pojawią się kopczyki będę wiedziała, że wiosna się zadomowiła na dobre.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

samospalenie – w rzeczy samej…

16 mar

Emocje. Walka z emocjami jest niczym walka z wiatrakami. Płonę żywym ogniem za każdym razem, jak coś nie idzie po mojej myśli, ba nie ważne nic, byle tylko sobie spłonąć. A tak. W efekcie spalam się w ciągu 15 minut zostawiając po sobie zgliszcza. Po spaleniu niczym oczyszczona bogini niewinności i cnoty wszelkiej wyłaniam się cała w uśmiechach. Uśmiech rzednie mi w chwili, gdy dociera do mnie cóżem w owym samospaleniu uczyniła ze światem wokół. Często już zbyt późno by ratować sytuację. Bogini niewinności i wszelkiej cnoty zmienia się w udręczoną boginię skruchy i pojednania lejąc łzy rzewne nad rozlanym mlekiem. Jego Wysokość od lat twierdzi, że powinien mi zdrowo wpierdolić, jednakże z czynem gorzej, a może by pomogło, by inni cierpieć nie musieli. Bogini skruchy bowiem urok ma nieprzeciętny, który dupę jej podłą ratuje za każdym razem. Zarządzanie emocjami? Przebóg cóż to w ogóle? Nijak nie umiem ogarniać takiego zarządzania, to emocje mną zarządzają, aż żal patrzeć. I tym optymistycznym akcentem pozdrawiam weekendowo.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

dylemat majtek

13 mar

Jestem kobietą rozmiarów słusznych. Słuszne oznacza ni mniej ni więcej tylko prawidłowe :) Tak przynajmniej staram się o sobie myśleć i jestem szczęśliwa. Mój rozmiar to 38, choć mógłby być 36, a nawet 34 – wówczas wyglądałabym jak słony paluszek. Zero seksu. Bo czyż słone paluszki są seksowne? Owszem ma to swoje plusy a mianowicie… mogłabym NAŻERAĆ się do nieprzytomności :) Trzymamy sztamę z Be, która generalnie również jest 38. Motto życiowe – nie zadawać się z pedofilami, którzy ukochali sobie 34. Z całym szacunkiem dla tego rozmiaru, bo przy wzroście sporo niższym od mojego – będzie on idealny. Proporcje muszą być zachowane.

Co nie przeszkadza, że nie jem dziś obiadu. Z różnych przyczyn postanowiłam zostać słonym paluszkiem :) Mam nawet w szufladzie mojego dziecięcia pasujące majtki, ewentualnie.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

problem kobiecej torebki, z cyklu chimerkowe rozterki

02 mar

Banalne, acz niewyjaśnione zjawisko wszędobylskiego bałaganu w moich torbach i torebkach jest skądinąd niezwykle również fascynujące. Rozmiar w tym akurat przypadku zupełnie nie ma znaczenia, czy torba jest duża czy jest mała wszędobylski bałagan jest obecny i jest zawsze w tym samym rozmiarze. Próba szybkiego znalezienia czegokolwiek jest z góry skazana na porażkę – rzeczy zmieniają swoje położenie, jak tylko wyczują zagłębiającą się do wnętrza torebki rękę, potem drugą. Jedynym wyjściem – czasami – jest kucnięcie na środku ulicy i wysypanie wszystkiego na chodnik, co wzbudza powszechne zainteresowanie – ot jakaś nawiedzona wariatka szarpiąca się z torebką. Przyprawia mnie to nieustannie o ból głowy.

Niesamowitość całej sytuacji polega na tym, że szukając jakiegoś przedmiotu dzień wcześniej znajduję go za 10 podejściem, szukając dzień później innego ten wczorajszy wpada w ręce za pierwszym razem.

Swoje nieustanne zdziwienie tym faktem Jego Wysokość kwituje z niedowierzaniem „co ty tam nosisz?”. I to jest pytanie, na które bardzo trudno odpowiedzieć :)

Czy ktoś potrafi to wyjaśnić?

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

babski wieczór, z cyklu chimerkowe atrakcje

23 lut

Czy jest coś cudowniejszego niż babski wieczór? Odpowiem od razu – nie ma. Wyjątkowe spotkanie, którego nigdy nie doświadczy żaden mężczyzna, chyba, że sam ma spory pierwiastek kobiecości i coś takiego go kręci. Mężczyźni nie rozumieją fenomenu babskich spotkań z kilku powodów, przede wszystkim jednak z podstawowego – wszystkie, choćby było ich 10 mówią jednocześnie, a co najdziwniejsze – nie tracą wątków, są dokładnie zorientowane w każdym z 10 tematów. Przerasta to niestety zdolności przeciętnego mężczyzny, który nie rozumie celowości i sensu tego rodzaju wymiany doświadczeń. Kolejnym elementem, którego mężczyzna nie zrozumie jest piszczenie. Osobiście nie rozumiem tego również, co nie przeszkadza, że piszczę, kiedy mam tylko okazję :) Jest jeszcze śmiech do obłędu z trzepotaniem rękami.

Generalnie to wszystko wydaje się płytkie, powierzchowne, ale to jest… nieprawdopodobnie wręcz efektywne budowanie relacji. Endorfiny i dopamina krążą w żyłach nasycając serca przefajną głupawką. Od tysięcy lat kobiety czerpały z siebie nawzajem, rozmawiając, będąc razem, sikając razem i pracując razem budowały bardzo silne więzi podczas gdy ich mężczyźni polowali.

Jutro czeka mnie długo wyczekiwany sabat czarownic, to taki czas, kiedy nie muszę trzymać fasonu, nie muszę się kontrolować, nie muszę uważać na to, co mówię. Fajny, zwariowany, fantastyczny czas pozostawiający przyjemne emocje na cały tydzień :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Blogi, blogowanie, wirtualny świat na przestrzeni dekady.. chimerycznie

09 lut

10 rocznica mojego bloga skłoniła mnie do refleksji. Wikipedia podaje, że początki blogowania w Polsce to rok 2003. Nieprawda, wtedy było już ich całkiem sporo, zaczęło się przynajmniej 2 lata wcześniej. Blog.pl był pierwszym polskim blogowiskiem, dołączyłam w styczniu 2002 roku i byłam wtedy w pierwszych kilku setkach. Wówczas blogerzy z pierwszej dziesiątki byli swoistą elitą blogowiska – niektórzy z nich cały czas są aktywni.

Przez te 10 lat wiele się zmieniło. Rozwinęło się mnóstwo portali społecznościowych, blogów są niezliczone ilości. Ale wtedy, 10 lat temu było ich w Polsce zaledwie kilka setek.
Jedna z ówczesnych blogerek opublikowała swój blog w formie książkowej. Ja sama – w 2003 r. otrzymałam propozycję od dziennikarza radiowej Trójki udzielenia wywiadu w audycji o polskich blogerach. Teraz wirtualna twórczość blogowa to nic niezwykłego.

Ludzie pragną popularności, pragną chwalić się talentami – różnymi, niektórzy potrzebują publiczności dla swoich problemów, inni potrzebują emocji związanych z ilością wpisów w księdze gości, czy liczbą komentarzy. Są tacy, którzy chcą podyskutować, podzielić się wiedzą z różnych dziedzin. Pragniemy wirtualnej bliskości innych ludzi, pragniemy być podziwiani, chwaleni, czytani. Cieszą nas komentarze, cieszy nas zainteresowanie. Po to właśnie się obnażamy przed potencjalnie szeroką publiką.

Wcale nie jestem inna. Po prostu lubię pisać :) Lubię wiedzieć kto mnie czyta. Przywiązuję się do stałych bywalców.

A smutna strona? Przyszłość w sieci. Kiedyś bawiliśmy się na podwórkach, jako dzieci łaziliśmy po drzewach, zdzieraliśmy ciuchy łażąc po dachach śmietników i po piwnicach. To były przygody. Potem wysiadywaliśmy na ławkach do późnej nocy, szlajaliśmy się po osiedlach. Tego jest coraz mniej. Życie przenosi się do sieci. Dzieci znikają z podwórek i nie łażą po drzewach. Są wybitnie uzdolnione i świetnie sobie radzą z nowoczesnymi technologiami, potrafią się poruszać w wirtualnych rzeczywistościach. Mają coraz większe problemy z budowaniem relacji w realu, łatwiej im w sieci – te zbudowane w realu natychmiast są tam przenoszone.

FB i NK narzuciły odtajnianie się – ludzie zaczęli funkcjonować w sieci pod własnymi nazwiskami, podajemy szczegóły ze swojego życia, chwalimy się znajomymi, rodziną. Konta na portalach społecznościowych są mega ważne – to życie. Im więcej znajomych – tym wyższy status społeczny. Im więcej szczegółów z życia, zdjęć, fajnych linków, komentarzy – tym ciekawsza wirtualna osobowość. A zaczęło się w 1995 od prostego komunikatora IRC. Wtedy to był kosmos – świetna sprawa… „cześć, jak masz na imię? Ile masz lat? Jak wyglądasz – opisz się. Czego słuchasz? Jaki masz kolor oczu?”. Niektórzy pamiętają  Komunikatory funkcjonują nadal, ale na początku były tylko one.

Dzieciaki, połaźcie czasem po drzewach.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

chimerkowy jubileusz – 10 lat bloga

03 lut

Niesamowite, nieprawdopodobne.

W styczniu minęło 10 lat funkcjonowania tego bloga. Zastanawiam się, czy się z nim zestarzeję :)) Po tylu latach jestem w stanie docenić wartość tej mojej produkcji.

Życzcie mi wytrwałości na kolejne 10 lat :))

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Facet na zakupach, z cyklu chimerkowe dywagacje nt. kobiecego pierwiastka

25 sty

Czasem lubię sobie poobserwować mężczyzn na zakupach. Zazwyczaj robię to w sklepach z ciuchami dla kobiet, bo tam bywam częściej niż w sklepach z narzędziami, czy elektroniką, gdzie mężczyźni czują się swobodniej. W sklepach z damskimi ciuchami faceci czują się zdecydowanie mniej pewnie, choć różnie i dlatego są wdzięcznymi obiektami obserwacji.  Oto mamy więc samców alfa torujących swoim kobietom drogę między wieszakami. „Oto ja”, mówią ich twarze, „kroczę tu i nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. W każdym miejscu czuję się jak u siebie – tu nasikam, tam nasikam – teren naznaczony”. Są też niepewni wrażliwcy chcący uchylić kobiecie nieba, rozglądają się na boki, trochę zagubieni, i nerwowo patrzą na towarzyszki – oglądają też ukradkiem ludzi, bo oczywiście nie stroje, pytając siebie „czy widzą, że tu jestem? Nie powinno mnie tu być”. Są też – o dziwo – kreatorzy mody, zwykle ubrani dość odważnie, ich kobiety czekają w przymierzalniach, a kreatorzy mody znoszą im naręcza ubrań skrupulatnie i samodzielnie wcześniej przez siebie wybranych.  
Lubię chodzić na zakupy sama. Jeśli – na moje nieszczęście – towarzyszy mi Jego Wysokość przypłacam to dysonansem po zakupowym. A to jest po prostu nie do zniesienia. Zaklęcie sprzyjające dysonansowi po zakupowemu: „a długo jeszcze?” oraz „po co ci kolejne (tu pada liczba) to, to czy tamto?” Jedno jest pewne, żeby zrozumieć cały proces zakupu fajnego, wymarzonego ciucha trzeba mieć w sobie spory pierwiastek kobiecości ;)

Są wreszcie typowi faceci, którzy zostali wyrwani ze swojej męskiej codzienności i wypad z kobietą na zakupya traktują jako największą torturę (patrz Jego Wysokość). Na początku związku wykazują się oni ogromną cierpliwością, usiłują nawet doradzać, totalnie zagubieni oglądając swoją kobietę w dziesiątkach sukienek zupełnie nie rozumieją czym te sukienki się od siebie różnią. Po latach dowiadują się, że sukienka to coś zgoła innego niż spódnica. Cierpią katusze, kiedy muszą wskazać choćby kolor, w którym ich towarzyszce jest lepiej. Wznoszą oczy ku niebu słuchając lamentów, jaka to ich kobieta jest gruba, krzywa czy garbata. W zależności od fazy związku – albo mają natarczywe myśli by zerwać z towarzyszącej sobie kobiecie sukienkę i schować się z nią (kobietą nie sukienką) w przymierzalni, albo uciec jak najdalej. W końcu, z latami nabierają asertywności i kończą w sklepach z elektroniką. Ostatecznie samce alfa mają podobnie, w końcu nudzą się tym ciągłym obsikiwaniem, torowaniem i też uciekają. Wrażliwcy nie mają odwagi, bo tym się zwykle dostaje – bo to mężczyźni kobiet silnych i dominujących. Modowi kreatorzy stanowią dla mnie zagadkę – nie wiem, na ile szczerze dla nich przyjemne jest to dostarczanie samodzielnie wybranego towaru do przymierzalni.
Zakupy z Jego Wysokością? Dysonans pozakupowy murowany.

 
Komentarze (25)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

chimerkowe wariacje na temat biustu

07 sty

Nikt mi nie powie, że mamy kryzys – do Arkadii nie można wepchnąć choćby jednej nogi. Całe masy ludzi przelewają się z torbami zakupów, kolejki przy kasach, obsadzone stoliki galeryjnych kafejek. Kryzys? Jaki, kurwa,  kryzys? No, ale nogę wsadzić musiałam i ciężko przypłacił to mój… biust. Otóż to. Dziś święta chimerka będzie pisać o swoim biuście ;) Ale nie frywolnie.


Po raz drugi bowiem pozwoliłam dotknąć obcej kobiecie swoich piersi. Pierwszy był trudny, za drugim razem poszło dużo łatwiej ;) Nie wiem, czy się nie załamać, bo zwykle przy tej okazji patrzono mi w oczy, a przynajmniej na wspomniane piersi ;) Ale nic. Kompetentna kobieta ze sklepu z damską bielizną brutalnie upychała dziś mój biust w przeróżne staniki, by wybrać ten idealny i wymarzony. Taki, który robi czarodziejskie, cudowne rzeczy z kobiecym biustem i to nie na raz. Długoterminowo
J Strasznie to przeżyłam, ale cierp ciało, skoro chcesz pięknie wyglądać J


Otóż jest tak – większość kobiet nie potrafi dobrać sobie odpowiedniego stanika, w związku z czym – pomimo, że szczupłe – mają wiszące „schaby” nad żebrami i biust rozłażący się na boki. Kobiety z pięknymi, dużymi piersiami, wąskie pod nimi noszą za duże w obwodach o za płytkich miskach (próbują chyba zmniejszyć) – w efekcie staniki podchodzą do góry a piękne piersi wyglądają żałośnie i marnieją latami zaniedbywane. Z kolei te z małymi piersiami noszą zbyt duże, powypychane miski sądząc, że optycznie powiększą ich piersi a one duszą się biedactwa uciskane masą wypychaczy.


A wystarczy tak niewiele – pozwolić kompetentnej brafiterce dobrać sobie stanik. Okazuje się, że taki biustonosz to zbroja, stelaż, który modeluje biust w sposób doskonały. Po miesiącu wydaje się pełniejszy a obwód pod nim się zmniejsza. POLECAM.  


Z pozdrowieniami, zadowolona chimerka w seksownym staniku ;)

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Niesamowite opowieści, czyli strach ma wielkie, ślepe oczy

04 sty

Boję się ciemności. Ciemność potęguje działanie mojej nie całkiem zdrowej wyobraźni. Z ciemności wyłaniają się kształty, plamy i zawirowania energii, które powodują u mnie natychmiastowe podniesienie ciśnienia. Krew pulsuje w żyłach, serce wali jak szalone.

 

Najgorzej jest w nocy, kiedy nie mogę zasnąć. Tej nocy było bardzo ciemno… Co prawda Jego Wysokość spał obok, ale tak głęboko, że pewnie nie usłyszałby, gdybym darła się na całe osiedle. Coś mnie przebudziło. Otworzyłam oczy. Boże, co to za dziwny dźwięk. Chrobotanie w ciemnościach, przed oczami mam wirujące plamy, wijący się dym – jakby zawirowania jakiejś dziwnej masy ciemna, energii. I znów głucha cisza, taka przytłaczająca. Nie słyszę nic. Nawet oddechu Jego Wysokości.

 

Nagle kroki – powolne, szurające. Całe ciało mi zesztywniało, wszystkie włoski uniosły się ku górze, dreszcz przeszedł po karku. Poczułam gorąco, zlałam się potem. Rany boskie, co to za dźwięk. Zbliżał się. Szurający, jakiś dziwny, jakby… nieludzki. Oczy powoli i mozolnie przyzwyczajały się do ciemności, dźwięk był tuż obok mnie. Tuż obok. Wpatruję się a tam… nade mną niewielki, przerażający kształt. Ja na granicy zawału. Małe, karłowate widmo pośród ciemności. I ten kształt taki dziwny. Tak, to chimerkowe dziecię z poduszką. W klapeczkach, szurających po drodze.

 


- Mamusiu, bo mi się śniła Kacka Dziwacka, to psysłam do was.

 

Tak, mamusia prędzej wykituje na zawał niż wbije sobie do głowy, że oto Chimerkowemu Dzięcięciu zmieniliśmy łóżeczko  - ze szczebelkowego na normalne.

Uwielbiałam te szczebelki.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Z najlepszymi życzeniami.. :)

01 sty

Wszystkim, których goszczę – i tym długoletnim, i tym zupełnie nowym czytelnikom – życzę w Nowym Roku wielu wspaniałych przeżyć, dokonań, wielu sukcesów, ogromnej satysfakcji, dużo obezwładniającej Miłości. Cudownych kobiet i cudownych mężczyzn – takich jedynych i na wieki i związanych z tym wspaniałych doznań i szczęścia. A jeśli już kogoś takiego macie – doceniajcie, kochajcie i czerpcie garściami radość z bycia razem. Zdrowia i szczęścia oraz radości dla Was i Waszych Rodzin.

 

Trochę pijana, ale nieziemsko uskrzydlona chimerka J

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

mikroekspresja, czyli specjalistyczne eksperymenty chimerki

23 gru

Ostatnio zaaferowana serialem „Lie to me” postanowiłam wykorzystać wiedzę zdobytą w ten sposób a dotyczącą odczytywania mikroekspresji. Otóż każdy człowiek ma ok. 43 tys. mięśni twarzy, które służą wyrażaniu emocji. Mikroekspresja to krótkotrwałe, mikrosekundowe ekspresje mimiczne odzwierciedlające prawdziwe, czasem nie do końca uświadomione emocje. Mikroekspresji nie sposób ukryć, czy zamaskować. Specjaliści potrafią rozpoznawać te emocje na podstawie analizy mimiki twarzy. W serialu chodzi o rozpoznawanie kłamstwa. Mowa ciała jest szerszym pojęciem i jest równie ważna, dopełnia obrazu.

Niesamowicie mnie to interesuje. A więc, skoro już omówiliśmy teorię, czas przejść do ćwiczenia praktycznego. Postanowiłam, po którymś tam odcinku, wypróbować zdobytą wiedzę na kolegach z pracy – podczas spotkania pilnie notowałam o czym każdy mówi i jak się wtedy zachowuje. Mikroekspresje mi umykały, ale notowałam zawzięcie nt. ruchów ich kończyn, ciał, min, np.: temat wypowiedzi, K. podrapał się w żuchwę; temat wypowiedzi P. złapał się lewą dłonią za prawe ramię.


Notowałam i notowałam i wgapiałam się i wgapiałam, aż w pewnym momencie A. mnie pyta: chimerko, coś ci się stało? Słabo się poczułaś?

I co mam teraz powiedzieć? O rany boskie! Jestem zupełnym beztalenciem! Muszę przecież być mistrzynią, mieć twarz bez wyrazu, no.. może z leciutkim, seksownym uśmieszkiem i nieprzeniknionym spojrzeniem. Przede wszystkim nieprzeniknionym!!! A ja co? SŁABO CZUJĄCA SIĘ PSEUDOSPECJALISTKA! ;)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Kobiecość, z cyklu chimerka w transie

12 gru

Kobiecość to potęga. Prawdziwie i mocno kochająca SIEBIE kobieta ma dar zjednywania ludzi. Kobieta, która kocha siebie jest pewna siebie, błyskotliwa, osiąga sukcesy. Nie trzeba być klasyczną pięknością, żeby wymiatać. Mając coś bardzo drogiego dbamy o to – z dbałością, zatem podchodźmy do swojego wyglądu i do swojego rozwoju. Uczmy się, czytajmy, rozmawiajmy z ciekawymi ludźmi, by nasza inteligencja się rozwijała, byśmy zdobywały doświadczenie, które buduje naszą mądrość.

Dobra energia, którą generować będzie ta rozsądna miłość własna emanować będzie na innych – bardzo chętnie będą chcieli z nami przebywać.

Kobietki moje kochane, idźcie natychmiast do lustra i uśmiechnijcie się do siebie, bo jesteście piękne tam w środku… Pozwólcie temu wyjść na światło dzienne. Jutro do pracy załóżcie fajne ciuchy, buty na obcasie, umalujcie usta i paznokcie, wypnijcie pierś i kołysząc biodrami, pełne uśmiechów odnoście sukcesy. Przecież nie musicie udawać facetów, żeby piąć się w górę, bo kobiecość to potęga.
Czyż nie tak, drodzy Panowie? Pomagajcie swoim Paniom wierzyć w to, że są warte kochania i że są piękne. Nigdy nie zapominajcie stale im o tym przypominać.

Z pozdrowieniami, chimerka – piękna w środku i na zewnątrz ;)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

chimerki z technologią przeprawy, z cyklu: obcowanie z blondynką

15 lis

Jak się wykładać, to przed pełnym audytorium. A cooo…. Ma być spektakularnie i z rozmachem :) Oto stoi blondynka z głupawym uśmiechem - to ja. Chimerka. Minutę po czasie, przed nie odpaloną prezentacją, z wgapiającą się na mnie z wyczekiwaniem ósemką gości. No cóż. Motto życiowe chimerki – jeśli nie wiesz co masz robić uśmiechaj się. „No signal”, wali po oczach rzutnik. Ósemka się gapi, chimerka się głupawo cieszy, a rzutnik na to "no signal". No nic. Mówię głośno CHOLERA. Ósemka na mnie pytająco. Ja z zacięciem autystyka wciskam przyciski na pilocie od rzutnika. „No signal”, „no signal”. RANY. Druga minuta po czasie, sekundy się wloką. Ja się uśmiecham. W końcu mówię znowu CHOLERA, jakby to miało uratować mnie przed szaleństwem. Dzwonię do informatyka i syczę wkurzona, …ale z uśmiechem. RZUTNIK NIE MA SYGNAŁU!!! Informatyk zadał mi tylko jedno pytanie. Miażdżące… A KABEL WPIĘŁAŚ??? Aha… Nou signal bikoz nou kabel. MASAKRA.

I tu zatrzymamy czas. Temat blondynek wydzwaniających do HelpDesków wszystkich krajów świata jest stary jak sam komputer. 90% blondynkowych problemów z kompem i aparaturą poboczną rozwiązywało jedno proste działanie. Zgodnie z prawem Murphiego – „urządzenie elektryczne podłączone do prądu działa lepiej” sprawdza się tu w 120%. Oto ja, nasiąknięta tymi wszystkimi żartami o blondynkach i ich problemach z kablami. Oto ja, żona informatyka. OTO JA, bezdenna blondynka z krwi i kości nie wpięłam kabla od rzutnika do laptopa! Wtem nagle oczy mi zaświeciły i mówię do słuchawki – wiesz, w poprzedniej firmie to ja miałam supernowoczesną salę konferencyjną i ja tam żadnych kabli nie miałam, a laptop łączył się z rzutnikiem przez WiFi…

Kurde. Całe 10 sekund modliłam sie, żeby takie rozwiązania istniały, i żeby – jeśli nawet tak nie jest – nikt z ósemki nie zdawał sobie z tego sprawy.

Cała sytuacja to raptem 3 minuty, ale szczęśliwie wpięłam archaiczny kabel do laptopa i przewracając oczyma stwierdziłam, że to samo mam z żelazkiem. Potem nie mogłam oczywiście dojść o co mi chodziło z tym żelazkiem, ale w sumie teraz to juz nie ma znaczenia. Prezentacja się udała, a ósemka je mi z ręki, bo oto przecież jestem człowiekiem i miałam wpadkę, a takich lubi się bardziej J

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

droga przez mękę z cyklu chimerka i administracja państwowa

10 mar

Urzędnicy państwowi muszą usługiwać ludności. Z naciskiem na muszą. Traktują tę swoją misję, jako karę za grzechy z poprzednich wcieleń. Ich szare twarze po wielokroć przyoblekają się w wyraz złości, która trawi ich wnętrza… „dlaczego muszę tu tkwić? Czego te wszystkie potwory ode mnie chcą…”. Próba załatwienia czegokolwiek jest wyczynem, ale nie zawsze…

W moim urzędzie gminy są bardzo fajne kobietki, które pomogą, doradzą, uśmiechną się, wyjaśnią. Udaliśmy się tam w pełnym naszym majestacie z Jego Wysokością i daliśmy wyraz naszego zadowolenia informując o tym panią, która nas obsługiwała. Pani poinformowała uroczo, że możemy napisać na ten temat notatkę i złożyć w kancelarii. W czasie załatwiania spraw przez Jego Wysokość napisałam taką i pobiegłam uskrzydlona, bo przecież tak miło spełniać dobre uczynki.

Kroczę więc cała w uśmiechach z moją śliczną notatką chwalącą pod niebiosa profesjonalizm i życzliwość pani urzędniczki. Za ladą z plakietką INFORMACJA pani w moim wieku (brzmi strasznie, napiszę inaczej – młoda kobieta! ;)). Znudzona. Patrzy bez uśmiechu, pytająco, wręcz z lekką pogardą. Pokazuję jej z dumą moją notatkę. Ścięła mi uśmiech, gdy tylko otworzyła usta i zaskrzeczała z pogardą „a co to jest? Kancelaria jest po drugiej stronie…, PROSZĘĘ PAANI".

Lekko przybita i jakby skulona poczłapałam do kancelarii i z mniej pewnym uśmiechem pokazałam moją śliczną notatkę pani za ladą z napisem KANCELARIA… I znów podobna sytuacja, pani trochę starsza spojrzała na mnie jak na osła i wyrzuciła nerwową salwę niby z automatu „ale co to, do kogo, przecież trzeba zaadresować, nagłówek, data, do kogo pani to kieruje, może by pani tu dopisała, co dopisała? Skąd mam wiedzieć do kogo, Henia do kogo? Pani wpisze naczelnik, nie mam pojęcia, no przecież tak się pism urzędowych nie pisze, to w ogóle nie pismo urzędowe. Co to w ogóle?, No, zobacz Henia…” Im więcej trajkotała, tym bardziej odechciewało mi się tam stać – kurczyłam się w sobie, a cała radość z dawania wyparowała. Podniosłam rękę królewskim gestem ucinając nerwowy warkot, zmrużyłam oczy i wyszeptałam teatralnie „czy musi pani utrudniać tak miłe gesty jak ten? to pani obowiązkiem jest wiedzieć, do kogo takie tematy powinny trafiać”. Kobieta z fuknięciem przyjęła kartkę. Nie zdziwiłabym się, gdy wyrzuciła ją do kosza.

Czy w przyszłości będzie mi się chciało pochwalić urzędnika do jego przełożonego?

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z cyklu chimerkowe nieszczęścia…

04 lut

Chimerkowe Dziecię Płci Żeńskiej jest istotką mocno wyjątkową. O jej wyjątkowości świadczy fakt, iż w ciągu minionych 3,5 roku dwukrotnie zapadła na Ospę Wietrzną. Wyjątkowość jest dziedziczna :) Wyjątkowość dziedziczy się po matce. Szczególnie, jeśli to jest wyjątkowa wyjątkowość świadcząca o tym, że nie ginie się w tłumie ;) A co… Na dowód tego dodam tylko, że Chimerkowe Dziecię Płci Żeńskiej z premedytacją sprzedało swojego wyjątkowego wirusa Chimerce Matce – również wyjątkowej. Chimerka bowiem również zachorowała na Ospę po raz drugi. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że Ospa Wietrzna postrzegana jest jako choroba, na którą zapada się tylko jeden raz w życiu, ponieważ nabywa się przeciwciała już na zawsze. GÓWNO PRAWDA! 3 tygodnie męczyłam się, a przez pierwszy byłam jak martwa kłoda.


O moim głęboko pozytywnym nastawieniu do siebie i świata świadczy fakt, że nie popadłam w głęboką depresję z powodu swojego koszmarnego wyglądu pomimo tego, że Jego Wysokość pokazując Chimerkowemu Dziecięciu pogodynki w telewizorze tłumaczył cierpliwie, że należy bezzwłocznie zamienić mamusię na nową, bo przecież ta taka dziobata ;)

Nie ma tego złego… Po powrocie do życia długo byłam w centrum uwagi z tą swoją nowo stwierdzoną wyjątkowością :)

Satysfakcji w Nowym Roku :)

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jestem na TAK!

05 paź

Po lekturze "Sekretu" jestem cała w skowronkach. Wystaję sobie na balkonie i czekam na moje 6 milionów :))) Na początek wystarczy. Nie ma też co się rozdrabniać. Głęboka wiara w te 6 milionów powoduje, że przepływa przez mnie strumień kosmicznej energii i chodzę jak na haju. Zadowolona. Myślenie życzeniowe i wiara to u mnie nic trudnego. Już na święta zamierzam zostać kaznodzieją i głosić dobrą nowinę pokazując wyciąg bankowy :)

Oto widzę siebie wydającą dyspozycje moim maklerom, gosposi i kierowcy :) Wreszcie będę leniwą kluchą wysiadującą w poduchach na sofie, jak każdemu szanującemu się zwierzęciu kanapowemu przystało. Oto widzę Jego Wysokość bukującego bilety do Japonii. Potem Nowa Zelandia. Będę leniwą kluchą wysiadującą poduchy w światowych apartamentach. Będę leniwą kluchą moczącą dupę w szmaragdowych wodach. Ciepłych i przyjemnych :) Jak zaczęłam wypisywać moje wizje, Jego Wysokość stwierdził, że 6 milionów mi nie wystarczy. OK.. Na trochę wystarczy, potem zażyczę sobie jeszcze… :)

I nie chodzi o kasę. Chodzi o dowód w postaci kasy. A kasa się nie zmarnuje :)

Jestem na TAK :)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nocnik – z pamiętnika Chimerkowego Dziecięcia

30 sie

Królewskie Dziecię Ich Wysokości jest tak bardzo Królewskie, iż w wieku lat prawie trzech nadal używa pieluchy i ani myśli kalać pupy swej wielkopańskiej siadaniem na nocnik tudzież sedes, choćby ten był w serduszka, kwiatki, grający i puszczający bajeczne bańki mydlane. Królewskie Dziecię Ich Wysokości ma swoją filozofię na temat nocnika i już. Boi się go przeokrutnie. Ogłasza wszem i wobec, iż jest dorosłe, więc kiedy automatycznie rozmówca Królewskiego Dziecięcia Ich Wysokości wchodzi na temat nocnika rzeczone Dziecię oznajmia, że owszem jest dorosłe, ale na nocnik to "za malutkie". Problem jest w istocie poważny, bo oto od 1 września Chimerkowe Dziecię idzie do przedszkola.

Nie po raz pierwszy postanowiłam zająć się problemem. Myślę – tym razem uderzę w emocje. Dziecko, mówię, Twój nocnik jest smutny! Dlaczego!!? pyta dziecię moje z czułością. Wiesz, mówię, nocniczki bardzo kochają dzieci. Uwielbiają, jak dzieci na nich siedzą i robią siusiu – czują się wtedy potrzebne i są szczęśliwe. A Twój co? Zakurzony, samotny i płacze w kącie. Chimerkowe Dziecię popatrzyło na mnie oczami pełnymi łez i bez tchu szepnęło: mamusiu, umyję go! …i dam mu buzi. Niewiele myśląc Dziecię pomknęło myć nocnik. 

Niedziela upłynęła Chimerkowemu Dziecięciu na całowaniu nocnika, głaskaniu go i noszeniu wszędzie ze sobą. Cichutko i czule przemawiało Dziecię do nocnika, ale o siadaniu nie było mowy. Po przebudzeniu w poniedziałek przytargało Dziecię nocnik do kuchni i oznajmiło z wyrzutem: mamusiu, nocnik bardzo boi się burzy. Płakał całą noc a ty spałaś i nie słyszałaś. Dość silny związek emocjonalny, jaki wytworzył się między moim dzieckiem i nocnikiem skłonił mnie do posadzenia na rzeczony nocnik ulubionego pieska Dziecięcia. Awantura, jaką zrobiło mi moje dziecko po tak okrutnym i bezmyślnym czynie, jakiego dokonałam przeszła moje najśmielsze wyobrażenia.

Oto kolejny raz poniosłam porażkę.

Swoją drogą… Jak mamy uczyć życia to małe, jak nie potrafimy nauczyć tak prostej czynności, jak sikanie do nocnika! To mnie przerasta!

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

tajemnice przejść dla pieszych z cyklu: ekstremalne przeżycia chimerki

10 sie

Coś sprzysięgło się przeciw chimerce okrutnie dzisiejszego poranka. Otóż dwukrotnie przejechałby mnie samochód! Ja się pytam: drodzy kierowcy, ki debil uczył Was jeździć, albo czy nie wiecie z innych źródeł, że po pierwsze przed przejściem dla pieszych należy zwolnić; po wtóre należy się zatrzymać, kiedy pieszy wejdzie na przejście TYM BARDZIEJ, JAK MA ZIELONE ŚWIATŁO!!! Ja bardzo przepraszam, ale jedzie to takie w wypasionej bryce (nie mylić z wypasioną bryką Jego Wysokości, która jest jedyna w swoim rodzaju) a więc jedzie TO TAKIE WYPASIONE i co?! Pan i władca z Pipidówka Dolnego co to pokazuje pieszym w Warszawie gdzie ich miejsce! Być może jednak prawo jazdy uzyskał gdzieś w Emiratach, gdzie jeżdżą po ludziach.

Tak mnie poniosło w tych apelach, ale dwukrotnie, powtarzam DWUKROTNIE straciłabym dziś życie. Szłam sobie zamyślona, to fakt, a kolejny fakt, że czasem przechodzę przez zamknięte szklane drzwi wcale nie oznacza, że mnie można przejechać! Z emocjami problem mam taki, że jak już mnie chciał ten gbur przejechać, to go sklęłam jak psa i wyzwałam od głąbów na całe gardło pod moją firmą. Po tym fakcie zrobiło mi się jakoś głupio, bo przecież jestem Wysoce Opłacaną Profesjonalistką, pożądaną przez mego pracodawcę w wersji Nie Skażonej Tak Niskimi Zachowaniami. Ale cóż zrobić. Nie minęło pół minuty, jak na tym samym skrzyżowaniu przejechałby mnie drugi palant! Tym razem nawet żadną tam wypasioną bryką, tylko LAWETĄ JAKĄŚ OBRZYDLIWĄ! Cóż miałam zrobić? Sklęłam chama wyzwiskami ordynarnymi i zdzieliłabym go parasolką, gdybym takową posiadała w tamtej sekundzie. Nie posiadałam, dlatego też na koniec dnia zmokłam doszczętnie.

Fatalny dzień jeszcze się nie zakończył. Niektórzy wiedzą, że nie posiadam prawa jazdy :) Z własnego wyboru albowiem jestem obdarzona mądrością, ale nie zdolnością postrzegania przestrzennego. Niestety byłam zmuszona wracać dziś tramwajem. Nie dość więc, że tramwajowa, czy też motornicza powożąca ciążką kupą złomu przyjechała o 2 minuty za wcześnie, to jeszcze widząc, jak biegnę przez przejście dla pieszych zamknęła mi drzwi przed nosem i odjechała. Z całej siły rąbnęłam pięścią w obszarpane drzwi blaszaka. Niestety skończyło się to bardzo źle wyłącznie dla mnie, bo oto wywichnęłam sobie nadgarstek i nie mogę się opierać na ręku! Wstyd nie pozwala mi cytować przekleństw, jakie rzucałam pod adresem motorniczej, która odjechała. Na szczęście dla mnie było to z dala od firmy, gdzie mój dobrze ułożony pracodawca pożądający mnie w wersji Nie Skażonej Tak Niskimi Zachowaniami nie widział mojego zachowania. Pozostałam więc Wysoce Opłacaną Profesjonalistką a pożądanie mego pracodawcy nie osłabło :)

Zastanawia mnie natomiast co innego… czy jak założy się bluzkę w granatowo-białe paski, to staje się nie widocznym na przejściach dla pieszych (czytaj zebrach)? Bo jeśli tak, to ta moda pasiasta jest dość niebezpieczna dla zdrowia i życia! Szczególnie mojego, ponieważ jestem znana z przechodzenia przez ściany. Szkoda tylko, że nie posiadam umiejętności przenikania przez nie, dzięki czemu, czy też przez co często doznaję uszczerbków na zdrowiu moim szlachetnym.

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

sfrustrowane baby i faceci macho z cyklu „chimerkowe przypadki”

16 lip

Nastąpił dzień Wielkiego Wyjścia Do Pubu Ze Znajomymi. Jego Wysokość na wojażach, Wielka Babka Chimerzątka na posterunku a Wielka Matka Chimerzątka w przygotowaniach do wyjścia. W kwestii stroju – w efekcie przygotowań do Wielkiego Wyjścia Do Pubu Ze Znajomymi wyszedł pełen luz, ale ocierający się o ideał. Sztuka! ;)

Podchodzę do taksówki. Taksówkarz na zewnątrz palił papierosa obejrzał mnie wyniośle i bezczelnie, niespiesznie zgasił papierosa i wsiadł do samochodu. Swoją drogą ciekawe skąd spojrzenie wyniosłe, skoro nawet minutki się nie spóźniłam. Taksówkarz wyraźnie naznaczony testosteronem, niewysoki, dość przystojny obiektywnie, choć kompletnie nie w moim typie.

W zasadzie lubię sobie pomarzyć w taksówce, pomyśleć, poplanować. Pobujać w obłokach. Nie lubię, kiedy wciągają mnie taksówkarze w rozmowy. Tym razem miało być inaczej. Byłam w nastroju szampańskim, podaję nazwę pubu i ulicę. Taksówkarz odwraca się do mnie i ogłasza "tak na MILION procent, to nie wiem, gdzie to jest!" Mocno się zdziwiłam, że oto wyniosły i dość bezczelny typ naznaczony testosteronem tak otwarcie przyznaje się do niewiedzy. "Ale mnie wystarczy na STO procent" – odpowiadam. "Damy radę" – odpowiada na to taksówkarz z błyskiem w oku. Uśmiechnął się albowiem najprawdopodobniej go rozbawiłam bystrością swej wypowiedzi. Hm.. Zaczął mnie wypytywać dokąd jadę. Bardzo był bezczelny ten taksówkarz, bo drążył ten temat i koniecznie chciał wiedzieć, z kim się umówiłam. Poczułam się nieswojo. Poinformowałam go, że najfajniejsze są imprezy w babskim towarzystwie, na co on zapytał mnie, czy jestem odmiennej orientacji. Szczerze mnie tym pytaniem zdziwił, czemu dałam wyraz na co on wyjaśnił, że jechała z nim ostatnio "TEŻ taka fajna dziewczyna", która narzekała na facetów. (Oczywiście zwróciłam uwagę na słowo TEŻ, natychmiast więc uznałam, że wyglądam nieźle i że starania nie poszły na marne) ;) Wracając do wywodów taksówkarza – wszystkie takie sfrustrowane te baby, stwierdził. One by chciały, żeby je na rękach nosić, przytulać, pieścić i bóg wie co jeszcze. Nagadać się trzeba zanim się do roboty weźmie i w ogóle rany boskie, jak ciężko jest być facetem… A z drugiej strony niektóre to do łóżka wchodzą same i opędzić się nie da. Jezus Maria, pomyślałam sobie, i co ja mam teraz bronić tych bab sfrustrowanych i na facetów biednych najeżdżać, czy może facetów mam bronić i pocieszać taksówkarza i psioczyć z nim na te baby, co to niby mu tak do łóżka wchodzą. A może powinnam się zastanowić nad celowością wyznania o wchodzeniu tychże bab jemu do tego łóżka?

Nie chciałam się mieszać, niech sobie gada. Nie byłabym sobą jednak, gdybym nie poinformowała go, że gdyby tak posłuchać tych bab sfrustrowanych i wziąć sobie do serca co mówią, to a nuż odkryłoby się wielką tajemnicę oswajania kobiet i świat miałoby się u stóp swoich. Ale nie, faceci mając w zasięgu rąk taką wiedzę nie wykorzystują jej wciąż i wciąż zastanawiając się czego pragniemy. Potwierdza to teorię o tym, że nie potrafią słuchać. Taksówkarz stwierdził, że za dużo książek czytam i też chyba sfrustrowana jestem, o czym świadczy, że jadę pić. A w ogóle to on już kończy i chętnie by tę rozmowę kontynuował przy piwie. Spytałam grzecznie, że z kim miałby tę rozmowę chcieć kontynuować. Odpowiedział, że niby ze mną. Po co, pytam, przecież ja sfrustrowaniem swoim mogę skazić jego nieopisaną wręcz radość życia. Na koniec odpuścił, spytał jednak, czy ja się nie obrażę, bo on by mi coś doradził. Odparłam, że żadna różnica, czy się obrażę czy nie, bo przecież nie zobaczymy się więcej. Spojrzał mi wówczas głęboko w oczy i po dłuższym zastanowieniu powiedział niskim głosem, że powinnam kiedyś spróbować z prawdziwym facetem takim, który by mi dopiero pokazał.
Pokazałby mi – znaczy się – raj chyba. Uśmiechnęłam się, bo oczywiście prawdziwy facet, to nikt inny tylko ten oto taksówkarz i on by mi pokazał.
Niemniej z kobiecą przewrotnością popędziłam zadowolona uczestniczyć w Wielkim Wyjściu i być może omówić problem taksówkarza z koleżankami ;)

Świetność imprezy mierzę ilością rzeczy, jakich nie robiłabym, gdyby impreza była nudna. Oto więc sikałyśmy z K. w krzakach. Wg informacji uzyskanych od K. były to najciemniejsze i najbezpieczniejsze krzaki, jednakże słyszałam wyraźnie, jak K. wydziera się do jakiegoś gościa, że zajęte a ten odpowiada, że on tu w kąciku i że nie będzie patrzył. Jak przez mgłę słyszałam… :)

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

recepta na Żonę Idealną

05 lip

Kolejność w zasadzie jest bez znaczenia albowiem wszystkie wymienione cechy Żony Idealnej są traktowane na równi i muszą być spełnione łącznie. Oto więc Żona Idealna to istota, która zawsze wie, jak się zachować by zabłysnąć i zalśnić. Jako ozdoba męża musi świetnie wyglądać, świetnie na tyle, by wzbudzać uznanie towarzystwa. Musi być więc dobrze ubrana, z klasą, tylko trochę ukazując wdzięki, które są wyłącznie dla męża, ale inni powinni wiedzieć, co stracili. Żona Idealna ma więc zawsze czas na to, żeby zadbać o swoje ciało, twarz i paznokcie; o swoje stopy i włosy. Ta sama żona jest świetnym kompanem – będzie z mężem oglądać Mundial popijając piwo i zdzierać gardło kibicując; będzie oglądać z nim filmy wojenne akurat w porze seriali. W międzyczasie Żona Idealna zrobi fantastyczny, nieziemski wręcz posiłek, a nawet trzy takie posiłki. Żona Idealna zawsze ma z czego te posiłki przygotować, albowiem co rano zrywa się skoro świt, całuje śpiącego jeszcze męża i biegnie czym prędzej na zakupy a wszystko ma do perfekcji zaplanowane. Wraca zaraz, by obudzić męża pocałunkiem, aromatem kawy i świeżych bułeczek, zapachem świeżutkiej gazety. Żona Idealna pracuje zawodowo, zarabia poważną kasę i jeździ służbowym autem – tym samym autem załatwia większość spraw domowych.

Ona zawsze JEST, kiedy mąż jej potrzebuje. Bardzo istotne jest to, że Żona Idealna jest nieziemska w łóżku oto bowiem spełnia najskrytsze fantazje swojego męża; w łóżku jest dziwką żądną wrażeń najdzikszych, jednocześnie jest czuła i kochająca poza nim. Oczywistym jest również, że z Żoną Idealną można porozmawiać o wszystkim – ona nie osądza i nie krytykuje. Wspiera. Jest przyjaciółką. Żona Idealna jest jednocześnie Idealną Matką dbającą, by dzieci były świetnie ułożone, grzeczne i nie zabierały zbyt wiele czasu tacie. Jest też Idealną Synową. Żona Idealna jest na tyle mądra, by zatrzymać swoje zdanie dla siebie, jeśli oczywiście musi je mieć… Wskazane byłoby, żeby Żona Idealna była trochę podobna do mamy męża… Tak samo (świetnie) gotowała, była tak samo oddana i gotowa do poświęceń… a i zgadzała się z nią we wszystkim, co dotyczy wygód męża…

Oto mniej charakterystyka Żony Idealnej wg 36-letniego zatwardziałego kawalera. Z roku na rok charakterystyka Żony Idealnej jest coraz bardziej rozdmuchana. Z roku na rok zatwardziały kawaler podnosi poprzeczkę. Z roku na rok zmagania znalezienia takiej żony są coraz bliższe zeru. Jeśli nie byłyby bliskie zeru, to na pewno istota, która zasłużyłaby na miano Żony Idealnej byłaby istotą nie z tego świata; przede wszystkim dlatego, że jej doba trwałaby 54 godziny a ona sama byłaby zapewne robotem wyposażonym w najnowocześniejszą technologię.

Taka karykatura działa na mnie kojąco :) Sama należę do kategorii Żon Beznadziejnych. Nie umiem gotować, nigdy nie mam w domu nic, co by się dawało zjeść w komplecie; bałagan mam ogromny i nie znoszę meczów. Czasem słodzę zupę zamiast ją posolić, a jak się zamyślę to spalę ścierkę i patelnię a potem biegam po mieszkaniu i wachluję wszystkim co się da, by przegonić tumany dymu. Zapominam, nie pamiętam, nie słucham, palę głupa. Czasem tylko bywam zabawna… ;) I lubię piwo!

Boże, jakie to szczęście, że Jego Wysokość był młody i głupi, jak się ze mną żenił!!! Teraz to doceniam!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

think big, act small, make an impression…

01 lip

Na konferencję się udałam. Agenda in English więc skromnie uznałam, że pewnie połowy nie zrozumiem, bo przecież jak zaczną sypać profesjonalizmami, no to legnę. A jak jeszcze każą się wypowiadać to legnę na 1000%. Jak już jednak mam legnąć, to powinnam zrobić to w wielkim stylu, jakem chimerka, nieprawdaż? A jak polec w wielkim stylu? Trzeba założyć krawat :)

Zaplanowałam więc strój nienaganny z krawatem. Wyglądałam jak młody adept ekonomii. Problem w tym, że nie powinnam wyglądać jak młody adept ekonomii lecz jak MŁODA I GENIALNA adeptka ekonomii… Bezdyskusyjnie. Kobieta w krawacie to jest jednak to! Przywdziałam zatem koszulę super slim i krawat. Efekt przeszedł moje najśmielsze oczekiwania – mogę padać, gdzie popadnie. Teraz jak legnę, to nikt nawet nie śmie pomyśleć, że ległam z powodu innego niż przepracowanie na szczeblach najwyższych ;) Poza tym kobieta w krawacie wymiata, jak mawia mój dobry kolega. Wolny, inteligentny, wysoki i przystojny ;)

Jak zaplanowałam tak zrobiłam. Pamiętałam, żeby zaraz po wyjściu z taksówki nie wejść na donicę z kwiatem, jak to już raz uczyniłam. Swoją drogą taksówkarz jakiś niemota, od razu powinien wiedzieć kogo wiezie i zatrzymać się przed głównym wejściem, a nie przed jakąś cholerną donicą rozmiarów średniej wielkości słonia!

Zrobiłam spektakularne wejście cała w przepraszających uśmiechach, ponieważ spóźniłam się 8 minut. Oto więc dwóch Niemców prowadzących konferencję próbowało mówić po angielsku. Jeden gorzej od drugiego. Na szczęście mieli prezentację, z której mogłam czytać. Może gdybym lepiej znała niemiecki nie męczyłabym się tak strasznie próbując rozszyfrować niektóre hybrydy. Nie dość tego, w konferencji brała udział Francuska, która też mówiła po swojemu – rozkosznie :) Uwielbiam ten język, ale wyłącznie w kobiecym wydaniu… Postanowiłam przybrać pozę swobodną, zorientowaną i patrzeć na ogół onieśmielająco. Nie było na kim oka zawiesić – zebrani ekonomiści, haerowcy i bóg wie kto jeszcze nie powalali na kolana. Francuska miała cudowne buty – krwiście czerwone, stanowiące uzupełnienie całej sylwetki, stabilizujące ją i wydłużające nogi. Wysokie obcasy i odkryte palce. Sądzę, że mogłabym przyłożyć jej długopis do tętnicy szyjnej i grzecznie poprosić, żeby z tych butów wyszła… Tylko inna kobieta potrafiłaby to zrozumieć :)

Prezentacja była tak nudna i tak nic nie wnosząca, że przez większą jej część wysyłałam sms-y do serdecznych moich koleżanek rozprawiając jak się czuję w tym międzynarodowym bałaganie i w jakiej pozie mam legnąć, żeby było jak najbardziej spektakularnie.
 

Nie byłabym sobą, gdybym nie dodała, że po nudnej konferencji fajnie jest nabyć całkiem nowy, piękny lakier do paznokci w odcieniu głęboko-atramentowym idealnie pasującym do cieni do powiek, spódnicy i butów w tym samym kolorze :)) To również potrafi zrozumieć wyłącznie inna kobieta.

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Obalam mit magicznej mocy damskiego biustu

24 cze

Jego Wysokość wozi mnie swoim wypielęgnowanym samochodem. To, że samochód jest wypielęgnowany jest istotne. Oddaje to bowiem jedną z cech Jego Wysokości, jaką jest pedantyzm. I jest to pedantyzm z kategorii MEGA. Samochód Jego Wysokości jest zawsze po 1) w jednym kawałku, po 2) w kawałku absolutnie doskonałym, nienaruszonym i lśniącym.

Jechaliśmy więc niezarysowanym, czystym i wypielęgnowanym samochodem Jego Wysokości. Jechaliśmy sobie środkowym pasem, gdy nagle z naszej lewej strony, jakaś szalona istota, dała kierunek w prawo i wjechała bezceremonialnie w wypielęgnowane drzwi Jego Wysokości…

Jego Wysokość wysiadł rozwijając całą swoją potężną sylwetkę. Z samochodu, który w nas wjechał wybiegło również coś szalonego machając rękami. Małe, ale obdarzone przez naturę w imponujący biust. Spojrzałam na swój. Cholera! Spojrzałam na istotę i trochę mi ulżyło. Oto bowiem ujrzałam obrazek następujący – coś małego niczym pekińczyk ujadało na Jego Wysokość, który stał nad pekińczykiem niby doberman. Pekińczyk ujadał wrzaskliwie, doberman szczekał rzadziej, ale bardziej stanowczo. Pekińczyk był nieprzelękniony! Szalona istota z biustem oskarżyła Jego Wysokość, że ten uszkodził jej lusterko, gdy ta w niego wjechała. Sprawę musiała rozsądzić policja, bo ani pekińczyk ani doberman nigdy nie doszliby do porozumienia.

Przyjechali stróże prawa i porządku. Szalona istota z biustem natychmiast ubrała swój najpiękniejszy uśmiech. Popatrzyłam na gliniarzy – dwóch młodych, fajnych policjantów wpatrywało się w biust szalonej istoty. Hmm… nie wiem, jak to jest z tymi gliniarzami. Wydawało mi się, że wina jest ewidentnie po stronie szalonej istoty, ale któż wie, jak to się skończy. Otworzyłam drzwi.. i bardzo powoli wyjęłam nogi. Może nie mam biustu szalonej istoty, ale wstając momentalnie zostawiłam ją daleko w dole. Szalona istota włożyła cały swój biust przez okno do środka radiowozu, tak, żeby gliniarz mógł oprzeć brodę na jej zachęcającym biuście i wypisać istocie niższy mandat. Przeszłam więc wolnym krokiem na moich 10-centymetrowych obcasach na przód radiowozu, założyłam ręce i zaczęłam wpatrywać się z pogardą w gliniarza. Moje oczy mówiły: taki jesteś łatwy? byle cycki mogą zawrócić ci w głowie? Zobacz, oto ja… królowa, mrożę Cię teraz całego, żebyś się opamiętał.

Patrzę na niego spod brwi. I on teraz tej ofierze losu z cycami da mały mandat i ona nigdy się nie nauczy, że się nie wjeżdża w cudzą własność!!! Przeszłam się trochę w tę i z powrotem, po to by ściągnąć jego wzrok po czym rzuciłam mu powłóczyste spojrzenie… królowej. Spojrzał! Zatrzymał wzrok, spowodowałam, żeby zobaczył z jaką pogardą patrzę na szaloną istotę z cycami w samochodzie. Tamta trajkotała coś do niego, ale on w tym momencie patrzył na mnie.

Po chwili szalona istota wyjęła biust z radiowozu, wyszarpała papiery i wściekła przeszła obok mnie. Fajne było to, że już nie uśmiechała się promiennie i nie trajkotała :) Uśmiechnęłam się z radością do Jego Wysokości, który z rozbawieniem oglądał sobie szaloną istotę. Może nie mam imponującego biustu, ale mam zdolności kontrolowania umysłów istot słabszych od siebie :) Nikt nie będzie bezkarnie denerwował Jego Wysokości i wjeżdżał w jego wypielęgnowany samochód!!! :)))

I jestem podła, złośliwa oraz zawistna. Poza tym po prostu świetnie wyglądam w spódnicy :))))

 
Komentarze (175)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zrozumieć mężczyznę

12 kwi

Otóż to. Chimerkowe wyzwanie numer jeden OD ZAWSZE. Czytam ostatnio „Dlaczego mężczyźni nie słuchają a kobiety nie umieją czytać map”. Książkę zaczęłam pożerać w czasie jazdy z Jego Wysokością. Czytając kolejne fragmenty wierciłam się i skakałam w fotelu z przejęcia:

- Boże, przecież to o Tobie! O rany! O Matko, natychmiast muszę ją całą przeczytać (po czym obdzwonić wszystkie koleżanki – dodałam w myśli ;)) – nic do mnie teraz nie mów! – Jego Wysokość NIC. I wcale nie dlatego, że zastosował się do mojego żądania. Hm.. dziwne – W OGÓLE nie zauważył mojego podekscytowania.. SKANDAL!
-  NO?! Dlaczego nie interesujesz się moim wierceniem i moim nieprawdopodobnym więc podekscytowaniem? Że niby nic to dla Ciebie nie znaczy, czy tak? (CISZA!) CZY TAK?! – powtarzam pytanie.
- Ale, że o co chodzi? – Jego Wysokość spojrzał na mnie lekko nieprzytomnym wzrokiem. Natychmiast odszukałam rozdział zatytułowany „Dlaczego mężczyźni potrafią robić tylko jedną rzecz na raz?” odczytuję mu na głos. NIC. CISZA!
- I co Ty na to? Jak już prowadzisz, to NIE POTRAFISZ SKUPIĆ SIĘ na niczym innym, a szczególnie na mnie. NAJWAŻNIEJSZEJ MNIE na świecie! Skandal.
- Przecież cały czas się na tobie skupiam. Choć wolę widok za oknem – zobacz jakie laski chodzą :) A co tam przeczytałaś, bo nie usłyszałem do końca.. – przeczytałam mu drugi raz i natychmiast odnalazłam rozdział zatytułowany „Dlaczego mężczyźni nie potrafią słuchać” – ten czytałam mu dwa razy, aż w końcu stwierdził, żebym mu dała spokój, bo on MUSI SIĘ SKUPIĆ NA JEŹDZIE! HA!

O szlag… Dopiero załapałam! JA MU DAM LASKI ZA OKNEM!

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Z cyklu: chimerkowego dziecięcia wyczyny

18 mar

Radosna twórczość chimerki nieco osłabła w ostatnich czasach. Nic to, jakoś się nadrobi. Muszę poświęcić nieco miejsca szybko rozwijającej się barwnej osobowości mojej córki. Oto bowiem małe chimerzątko ni stąd ni zowąd orzekło na głos w osiedlowym sklepie spożywczym: „mama ma psipsię a tatuś siusiaka”. Nie minęło się dziecię z prawdą, o czym zapewniam, ale sklep ryczał ze śmiechu, a babcia opiekunka chimerzątka czym prędzej zbiegła z niesfornym dziecięciem z miejsca przestępstwa.

Niniejszym chimerka-matka została oskarżona o uczenie dziecka używania niepożądanych wyrazów w miejscach publicznych. Dziecię chyba edukuje się samo, nie przypominam sobie bowiem tej szczególnej lekcji w moim wykonaniu. Oznacza to ni mnie ni więcej tylko bystrość umysłu, kreatywność oraz przebiegłość w odpowiednim dobieraniu miejsca i czasu wygłaszanych hipotez :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Blondynka w nowoczesnej sali konferencyjnej

29 paź

W dniu dzisiejszym zorganizowałam spotkanie w nowej, bardzo nowoczesnej sali konferencyjnej. Spotkanie było wagi najwyższej toteż odstawiłam się niczym modelka, żeby móc rozsiewać swój czar niewątpliwy i chemię niebywałą ;) By kogoś zawojować wymagana jest pewność siebie, co uzasadnia wystrzałowość stroju, perfekcyjny makijaż, fryzurę i WSZYSTKO :)

Plan opanowany do perfekcji, nieprawdaż? Ale przecież od czego jestem blondynką!!! Tak wystrojona zapraszając uczestników do ciemnej sali postanowiłam zapalić światło… Eeee… a czymże jest zapalenie światła w pomieszczeniu?! Toż to nawet moja 2-letnia córka potrafi, jak się ją podniesie do góry. No tak, dwulatek to potrafi, ale chimerka?… Wodzę oczyma po włącznikach – jest ich oczywiście STO DWADZIEŚCIA! Dobra, przecież jestem perfekcyjnie ubrana, uczesana i umalowana; poza tym jestem śliczna, zdolna i inteligentna – NA PEWNO WIĘC MI SIĘ UDA….

Zdecydowanym ruchem nacisnęłam włącznik z dziwnym znaczkiem – DUPA! Ciemno, jak w dupie, znaczy! Nacisnęłam drugi z rzędu… Nagle coś zaczęło się dziać (zaproszeni siedzą po ciemku wyczekując!) usłyszeliśmy szum i zaczęły podnosić się żaluzje. Uśmiechnęłam się zniewalająco do zebranych.. I ostatnim wysiłkiem opanowania wcisnęłam 50-ty włącznik! Żaluzja się zatrzymała, ale w sali ciemno! Wcisnęłam następny – wyjechał pier…ny ekran rzutnika – Z WIELKIM WRZASKIEM. KUR… W tym momencie wpadłam w panikę. Zaklęłam cicho i zaczęłam wciskać wszystkie pozostałe włączniki trzęsąc się PO PROSTU NIEBYWALE. CIEMNO i WSZYSTKO MI CHODZI, LATA, SZURA i SZUMI!

KANAŁ, LEŻĘ… I wtedy.. podszedł mój wybawca. Z rozbawieniem wcisnął DWUDZIESTY CZWARTY włącznik, potem DWUDZIESTY PIĄTY – i oto wszystko umilkło I STAŁO SIĘ ŚWIATŁO!!!

Nie znoszę gada, spokojnie patrzył, jak się wiję i skręcam, żeby zapalić to DURNE ŚWIATŁO!!! A przecież umiał to zrobić!

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

ciężkie brzemię pierdołowatości

16 lip

W przerwie bardzo intensywnej pracy świadczonej przeze mnie na rzecz mojej firmy udałam się z niezwykle ważną misją do.. toalety. Nie wiem zupełnie, jak mogło do tego dojść, ale otwierając drzwi do owej z całej siły walnęłam się nimi w głowę. Przez chwilę pokazały mi się takie małe kropki przed oczyma – były niebieskie i czerwone. Nie wiem, czy to ma znaczenie, że to nie były gwiazdy, ale co tam. Tak czy siak pieprznęłam się z całej siły w łeb ciężkimi drzwiami i jest ryzyko, że mogę mieć wstrząs mózgu!

Udałam się na własnych nogach do mojego pokoju i zamiast zacząć znów ciężko pracować na rzecz mojego pracodawcy poczęłam snuć domysły nt. mojego stanu. Niektórzy rowerzyści po upadku z roweru jadą do domu niby cali i zdrowi – idą spać i już nie wstają. Postanowienie nr 1 – nie pójdę dziś spać, ale kiedy już będę mogła?; hmm… małe dzieci po urazach głowy rzygają, jeśli zacznę rzygać będzie to znak, że muszę jechać do szpitala.

Siku mi się chce, bo w końcu niezwykle ważna misja się nie powiodła, ale boję się tej toalety – a jak znów mnie pieprznie w głowę?

Poza tym jestem zła na cały świat, ponieważ w dniu wczorajszym złamał mi się paznokieć – mój własny, nie żaden tam tips! Na razie skleiłam drania super-glue, ale jak długo wytrzyma to nie wiem. Boże, faceci, czy Wy macie pojęcie ile bardzo poważnych problemów Was omija?

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

być kobietą, być kobietą…

31 mar

Wczoraj było budowanie więzi matczyno-córczanej z małą chimerką. To co przeżyłyśmy było piękne, niesamowite i bardzo kobiece. Przeciętnemu facetowi zapewne trudno może zrozumieć, co w tym cudownego, moja półtoraroczna córeczka już ROZUMIE. Półtoraroczna chimerka już posiadła wiedzę tajemną wynikającą ze swojej kobiecości; świadomość, która w przyszłości pozwoli jej odnieść sukces!

Otóż w dniu wczorajszym przebierałyśmy się :) Wyciągnęłyśmy WSZYSTKIE nowo nabyte ubrania Chimerki-Matki oraz wszystkie oczekujące lata ubranka małej Chimerki po czym zaczęłyśmy się przebierać.

Chimerkowe Dziecię cierpliwie i z radością wkładało małe rączki w rękawki, małe nóżki w nogawki; mierzyło sukieneczki, spódniczki, kapelusiki. Góra ciuchów rosła wkoło, gdy rzucałyśmy te już przymierzone gdzie popadnie. Za każdym razem Maleństwo biegło do Jego Wysokości krzycząc radośnie "Tata, tata" i klaszcząc w rączki prezentowało się w coraz nowym przebraniu. Jego Wysokość chwalił głośno Maleństwo i tylko oczami przewracał ze śmiechem patrząc na radość beztroską Chimerki-Matki, która również prezentowała się w nowych nabytkach :)

Maleństwo przymierzyło w dniu wczorajszym kilkanaście różnych strojów, po czym usiadło w samej tylko pieluszce na środku pokoju, wśród tych wszystkich szmat i pokazując swoje wszystkie zęby zlało się obficie w jedną z frywolnych swoich sukienek, gdyż pielucha była – delikatnie rzecz ujmując – przepełniona…

Nic to.. Obie byłyśmy w przeogromnej euforii. A Mała Chimerka poczuła to coś.. coś, co pozwala kobiecie zapomnieć o wszystkich smutkach i niepowodzeniach, gdy wie, że w szafie ma całkiem nowe dżinsy, w których jej pupa wygląda rewelacyjnie i cudowne buty na 10-centymetrowych obcasach, które robią cuda z nogami :))

Udanych zakupów wiosennych, Drogie Panie :)))
Wspaniałych widoków wiosennych, Drodzy Panowie ;)

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

wamp w skarpetach

31 gru

Śpię w bardzo grubych skarpetach w paski żółto-różowo-fioletowe. Są odjazdowe, ale w ogóle nie są seksowne. Ale jak mam sobie radzić w okresach takiej zmarzliny, jak teraz? Kompletnie nie nadaję się do takiego klimatu. Jak raz zasnęłam w samej koszulce i w majtkach, to się obudziłam ciężko chora i miałam katar przez 10 dni. Wobec tego pewnie Jego Wysokość mnie rzuci… W końcu, jak każdy facet, chciałby mieć żonę z gatunku gorących wampów w pończochach i fruwających jedwabiach, a nie w skarpetach w paski i polarze, do tego z katarem po pas.

W związku z powyższym i ogólnym przerażeniem rzucenia mnie przez Jego Wysokość postanowiłam zrobić sobie maseczkę na twarz, która miała uczynić mnie piękną, a którą należało zmyć po 20 minutach. Fakt, założyłam do tego ulubione skarpety i zapakowałam się do łóżka w celu podgrzania się, by maska lepiej zadziałała. Obudziłam się rankiem, po ni mniej ni więcej 8 godzinach snu. Poszłam do toalety, spojrzałam w lustro i najpierw zamarłam, a potem zamarłam jeszcze bardziej. Z mojej twarzy – Z CAŁEJ TWARZY – złaziła skóra, łuszczyła się i wisiała w strzępach. Tak mi się zachciało ryczeć, że byłam pewna, że jak się rozryczę, to potem umrę z odwodnienia.
Na szczęście Jego Wysokość nie zobaczył mnie w tym stanie, bo jak już doszłam do siebie, to zdołałam sobie uświadomić w tej tępiej głowie mojej, że przecież wieczorem nie zmyłam maseczki, którą generalnie się ściąga z twarzy, bo robi się z niej taka powłoka i to właśnie ta maseczka mi złaziła z twarzy. MASAKRA!

Dziś już jestem śliczna i zamierzam się wystrzałowo ubrać na Sylwestra, żeby Jego Wysokość pomyślał, że przecież ŻADNA, ABSOLUTNIE ŻADNA INNA mu mnie nie zastąpi :))) I tak oto wkroczę w Nowy Rok, który będzie bardzo dobry, bardzo bogaty i bardzo szczęśliwy! Czego i Wam wszystkim życzę – bawcie się świetnie dziś i cały następny rok i niech złe rzeczy omijają Was szerokim łukiem!!! :)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z cyklu: spotkania niezwykłe

20 paź

Oto ja, nieprawdopodobny wręcz panikarz, poszłam z własnej i nieprzymuszonej woli wyciąć sobie obcego z nad łokcia. Obcy zagnieździł się tuż ponad moim łokciem kilka miesięcy temu, podejrzewam, że obcego wszczepił mi jakiś pająk. Nie zauważyłam, abym jakoś znacząco ewoluowała w kierunku pajęczym, a szkoda… chociaż… intelekt jednak coś jakby drgnięty. Obcy jednak zaczął się rozrastać i zajmować miejsce w mojej szlachetnej tkance, pod moją alabastrową skórą szpecąc śliczność mojego ramienia. Obcego należało wyrżnąć z korzeniami, co też zamierzałam uczynić!

Oddałam się więc ufnie specjaliście, którego umiejętności nigdy w życiu nie chciałam doświadczać. Położyłam się ufnie na stole operacyjnym, ufnie spojrzałam w oczy oprawcy ze skalpelem, który spytał miłym głosem: boi się pani? Ochoczo pokiwałam głową sądząc, że to wystarczy, by mnie wypuścił nie nacinając cennej mej skóry i tkanki… Nic z tego, strach objął mackami moje ciało i ducha, kiedy specjalista odparł, że boi się bardziej ode mnie i że z góry przeprasza, ale ma taki nawyk, że lubi gadać przy robocie. Począł opowiadać mi horrory o swoich doświadczeniach z pacjentami i różnorakimi tworami, jakie dane było mu wycinać. Przystąpił następnie do usuwania mojego obcego, którego określił mianem "przedziwny" i które to miano wprawiło mnie w przestrach jeszcze większy… Obcy trzymał się pazurami mojej tkanki, a chirurg ciął, ciągnął, szarpał i… nic, nie puszczał ten obcy.

Nie powiem jak strasznie spociłam się, kiedy chirurg nagle zamilkł i po prostu przestał się odzywać… Myślę sobie: gada przy robocie, GADA PRZY ROBOCIE, boże, a teraz nie gada… NIE GADA! PRACUJE W CISZY!!! Nie muszę tu dodawać, że zaczęłam umierać, po czym wreszcie usłyszałam dowcip o chirurgu, psychiatrze i stadzie kaczek… UFF! Obcy puścił… po godzinie, gdy już ledwo żywa byłam po tych moich rojeniach i hektolitrach środka znieczulającego wciśniętego w okolice obcego. Obcy cudem nie uciekł ze stołu po wyjęciu…

Teraz ważę o jakieś kilka gramów mniej i chodzę na zmianę opatrunków do pięknego młodzieńca, który MA LATEKSOWE RĘKAWICZKI, co mnie kręci i który pielęgnuje z uczuciem moją ranę patrząc mi głęboko w oczy :))) Myślałam nawet, że w końcu moja rana się zagoi i już go nie zobaczę…

Może sobie jeszcze coś wytnę….

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

przez fioletowe okulary

14 paź

Chimerkowe Niemowlę skończyło rok życia, w związku z czym reprezentująca je Chimerka-Matka zdmuchnęła świeczkę na jego torcie. Rozpoczęcie drugiego roku życia jest zdarzeniem szczególnym albowiem Chimerkowe Niemowlę przestało być Chimerkowym Niemowlęciem a zaczęło być Chimerkowym Dziecięciem. Niewtajemniczonym, wyjaśniam niniejszym, że niemowlęciem jest człowieczątko do ukończenia przez nie pierwszego roku życia. No, ale to tak tytułem wstępu, bo oto w prezencie rocznicowym Chimerkowe Dziecię otrzymało dar wyjątkowy w postaci Herpes virus varicellae, któren to wywołuje ni mniej ni więcej tylko ospę wietrzną po prostu…

Należy teraz wyobrazić sobie małe ciałko mojego małego człowieczka całe zsypane paskudnymi krostami, które to należy 3 razy dziennie traktować gencjaną. W efekcie można by zamieścić zdjęcie Małej Ospy na jakimś portalu dla wytatuowanych, a wzory na jego pleckach przebiłyby wszelkie inne tatuażowe kreacje. Należałoby sobie również, przy okazji, wyobrazić ręce statecznej matki Małej Ospy całe uwalane tąże gencjaną. Jego Wysokość bowiem zaanektował jedyne foliowe rękawiczki, jakie były w domu, a miały być one do farbowania włosów.

Nijak tego fioletowego świństwa zmyć nie można, ale można ubrać się pod kolor :) stąd od niedawna ulubiłam siebie w fioletach – fioletowe rajstopy, fioletowe szaliczki, fioletowe kolczyki, fioletowe paznokcie i cień do powiek… i fioletowe plamy na rękach, czasem na policzkach i czole… no ale jak nie przytulać małej, słodkiej Ospy :)))

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

z cyklu: zjawiska niewyjaśnione

19 wrz

Trzecia nad ranem… Przebudziło się Chimerkowe Niemowlę… zrywam się ze słodkiego snu, w czasie którego śniło mi się, że jeden z moich dyrektorów z uwielbieniem klepie mnie po pupie i w efekcie na jego miejsce zostaje zatrudniona moja koleżanka… ;) Zaspana usypiam dziecię… Po czym udaję się do łazienki i taka jestem zaspana, że w ogóle nie kojarzę, gdzie jestem. Szczęściem kojarzę jeszcze, czy siadam na sedesie, czy gdziekolwiek indziej. Mniejsza z tym… Kończę. Wychodzę z łazienki (trochę boję się ciemności), a tam, nagle, TAK ZUPEŁNIE NAGLE I W ŚRODKU W NOCY napada na mnie balon z ZOO!!!! Jezus Maria… W momencie napadu jeszcze wcale nie wiedziałam, że to balon z ZOO, w czasie tych pierwszych ułamków sekundy byłam święcie przekonana, że oto właśnie teraz spełniły się moje najczarniejsze koszmary, że oto właśnie teraz dorwało mnie COŚ! W nocy, po ciemku… że oto właśnie teraz umrę w korytarzyku pod kiblem przestraszona, a może nawet rozszarpana przez jakąś nieokreśloną moc. Nie będę tu opisywać, co zadziało się z moim żołądkiem w momencie, gdy wbiłam się twarzą w ten sflaczały balon i tak cud, że się nie porzygałam…

Po kilku ułamkach tej pierwszej sekundy zorientowałam się, że to balon z ZOO, ot taki sobie zwyczajny balon napełniony helem, którego kupiliśmy Chimerkowemu Niemowlęciu i który dotychczas wisiał spokojnie pod sufitem w dużym pokoju i nawet sporo z niego tego gazu uleciało. Nagle ten właśnie balon postanowił w środku nocy przelecieć się po całym mieszkaniu, by zaczaić się na mnie pod drzwiami kibla. BY MNIE ZABIĆ!!!! Co więcej, po zderzeniu z moją twarzą balon najzwyczajniej w świecie wycofał się, obrócił i popłynął spokojnie długim korytarzem, by skręcić w lewo i powrócić do dużego pokoju. Stałam więc osłupiała patrząc na balon, i gdyby nie to, że zrobiłam wcześniej siku, na pewno zrobiłabym to w tamtej właśnie chwili.

Zebrałam się w sobie, poszłam do dużego pokoju, złapałam balon i zaniosłam do kuchni… a tam… pocięłam drania całego nożyczkami i wrzuciłam do kosza zastanawiając się, czy by go jeszcze nie spalić nad kuchenką….

Niech mi ktoś powie, dlaczego ten balon chciał mnie zabić?!

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

w dążeniu do doskonałości…

21 sie

Na wstępie pragnę oświadczyć, że Chimerkowe Niemowlę zostanie geniuszem, ponieważ mając prawie 11 miesięcy jeszcze nie wstało na nóżki. Tak poza tym rozwija się doskonale. Wydedukowałam zatem, że skoro nie poszło Chimerkowemu Niemowlęciu w nogi musi pójść w mózg – sprytnie, nieprawdaż?  Dowodem na to jest choćby to, że od kilku dobrych miesięcy Chimerkowe Niemowlę posiada aż 8 zębów, które wciąż pokazuje, tak więc siły twórcze idą górą :)

Ale to tak na marginesie. Głównym tematem dzisiejszego wywodu mają być wyczyny Matki Chimerkowego Niemowlęcia, która z całej swojej siły stara się być matką poważną i poważaną. Tak mocno się stara, że ostatnio nie zauważyła przesuwanych szklanych drzwi…

Stało się to zaraz po tym, jak chimerka dokonała bardzo udanego zakupu dwóch cieni do powiek oraz jednego oszałamiająco czerwonego lakieru do paznokci. Tak ją ów zakup uskrzydlił, że zapomniała poczekać aż drzwi się przed nią rozsuną. Po prostu całkiem nagle na nie wpadła i to tak straszliwie, że kilkanaście osób spojrzało w jej kierunku. Nie muszę dodawać, że chimerka czym prędzej umknęła kulejąc niemiłosiernie… Jak w takiej sytuacji ma się czuć bardzo poważna matka dziecku ze stłuczonym kolanem i dużym palcem u stopy? Faktu wejścia na drzwi ukryć się nie dało, bo i kolano i palec zsiniały chimerce niemiłosiernie następnego dnia. Pobladły Jego Wysokość zapytał tylko „a gdzie było Chimerkowe Niemowlę?????!!!” Na szczęście ze swoją babką, która potrafi rozgrzeszyć swoją wspaniałą córkę, matkę Chimerkowego Niemowlęcia ze wszystkiego „Oj bo teraz te drzwi takie czyste, to co się dziwisz…”.

W efekcie tego i kilku innych incydentów, o których wolę nie wspominać Jego Wysokość zaczyna się obawiać o zdrowie Chimerkowego Niemowlęcia. Póki co jego anioł stróż czuwa i zawsze w takich sytuacjach Chimerkowe Niemowlę jest zdala od swojej trzepniętej matki ;)

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

cudowności macierzyństwa z cyklu: niemowlęce odchody

07 lip

Tematy fizjologiczne są obecnie najbardziej mi bliskie, toteż i dzisiejsza notka takowemu poświęcona zostanie. Chimerkowe Niemowlę odkryło, że można ukarać niewdzięczną matkę produkując odpowiednio dużą do przewinienia kupę. O dziwo kupy niemowląt niczym się w swym smrodzie nie różnią od kup dorosłych z tą przewagą nad tymi drugimi, że mogą być sadzone zupełnie bezkarnie i to w każdym miejscu. Jako, że chimerka nie jest szczęśliwą posiadaczką prawa jazdy, ponieważ byłaby to ostatnia rzecz, jaką by w swym życiu otrzymała, musi się poruszać środkami komunikacji miejskiej. Chimerkowe Niemowlę nie było zadowolone, że musi w zgiełku oczekiwać na tramwaj 20 minut, dlatego też przez całą drogę do jednej z galerii handlowych tak mocno zaangażowało się w produkcję, którą zakończyło zwycięskim uśmiechem, że chimerka omal nie dostała zawału serca ze wstydu. W wyniku swoich niecnych przedsięwzięć Chimerkowe Niemowle zostało okutane w duszny i upalny dzień kocykiem, żeby smród nie wydostawał się na zewnątrz. Nic to oczywiście nie dało, czego wynikiem była nagle opustoszała powierzchnia wokół ubawionego Chimerkowego Niemowlęcia i jego sfrustrowanej, do wszechmiar zawstydzonej matki.


Niemniej macierzyństwo jest cudowne :)

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

coraz większy problem z tytułami… :)

03 lip

Chimerkowe Niemowlę ma już 9 miesięcy i 8 zębów, których to chimerka nie raz doświadczyła będąc kąsana za różne przewinienia… Należy jasno obwieścić wszem i wobec, że Chimerkowe Niemowlę jest niemowlęciem przepięknym i zwracającym powszechną uwagę toteż 2 do 3 razy dziennie ktoś się Chimerkowym Niemowlęceim zachwyca, a Matka Chimerkowego Niemowlęcia rośnie i rośnie :) A Chimerkowe Niemowlę zachwyca, bo jest szczuplutkie, ma ogromne szafirowe oczy i piękną złocistą karnację. Przy tym łyse jest jak kolano, co wzrusza :) Trochę to swoją drogą zabawne widzieć tych wszystkich cmokających i gaworzących obcych ludzi wiszących nad wózkiem… 

Obecnie przechodzę długotrwały proces metamorfozy przeradzając się z poczwarki w stadium nimfy na drodze ku staniu się Boginią Matką Doskonałą, dlatego też nieczęsto piszę, ale… Właściwie nie wiem, czy ktoś tu jeszcze zagląda… Noszę się z zamiarem przegrania bloga i zamknięcia interesu. Blog zachowam dla moich dzieci :) Nie wiem tylko, ile ich będzie, bo znów Jego Wysokość obraził się na mnie…  Gdybym miała żonę, byłoby mi łatwiej ;)

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

więc chodź pomaluj mój świat, na żółto i na niebiesko…

10 kwi

W normalnym domu powinno być tak, że to małe dzieci budzą w nocy rodziców. Ale u mnie nie ma normalnego domu. W nocy tak strasznie przestraszyłam się półki na ścianie, że zaczęłam krzyczeć, w efekcie czego obudziłam Jego Wysokość i Chimerkowe Dwuzębne Już Niemowlę. Jego Wysokość nie potrafi zrozumieć, jak można się przestraszyć półki o 2:00 nad ranem i do tego jeszcze zacząć wrzeszczeć, Chimerkowe Dwuzębne Już Niemowlę jeszcze niczego nie rozumie.  

Jednak wszystko da się wyjaśnić – otóż przeżywam moją aktualną fryzurę, stwierdziłam bowiem, że WRESZCIE MOGĘ ZASZALEĆ, bo przecież w ciąży byłam grzeczna. Postanowiłam wrócić do moich białych włosów, ale przecież do białych mi daleko, więc najpierw trzeba położyć bardzo, bardzo dużo białych pasemek u fryzjerki, a potem jakąś bardzo jasno-popielatą farbę, ale to już w domu. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. I naprawdę nie powinnam się dziwić, że wyszły mi włosy biało-rude, toteż zapakowałam Chimerkowe Niemowlę w wózek, założyłam kaptur i zakupiłam superrozjaśniacz. Superrozjaśniacz spowodował, że rude pasemka zrobiły się żółte. Czym prędzej więc umyłam głowę specjalnym fioletowym szamponem ściągającym żółty kolor włosów po czym… usiadłam i zapłakałam czując się, jak fiński sztandar.

Jak to dobrze, że nie pracuje. Dziecku wszystko jedno, ale jak wytłumaczyć Jego Wysokości skąd u mnie żółto-niebieskie włosy? 


Po wielu trudach pozostały koszmary nocne…

 
Komentarze (6)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

czarnowidztwo

25 sty

Rzuca mi się na głowę na stare lata. Mam na myśli uprawianie czarnowidztwa. Dziś np. zgrzeszyłam i, mimo pięknego słońca, nie wyszłam z dzieckiem na spacer, tylko wyrzuciłam z wózkiem na balkon. I co? Biegam co minutę, dwie do okna i patrzę czy: 1) ktoś nie wlazł na V p. i nie ukradł mojego dziecka, 2) jakaś wrona tudzież sroka nie wdarła się do wózka i nie podziobała mojego dziecka, 3) czy wiatr nie wieje za mocno i nie wywali mi szyb z balkonu, które mogłyby przygnieść moje dziecko, albo jeszcze gorzej…  

Czarnowidztwo moje karmi się zwyczajnymi raczej niegroźnymi wydarzeniami i po strawieniu ich zmienia je w koszmary. Dziś w nocy chimerkowe niemowlę obudziło się z płaczem i co się okazało? Moja córcia tak mocno wierzgała przez sen nogami, że podjechała aż pod krawędź łóżeczka. Uderzyła główką o grzechotkę i się obudziła. Ja oczywiście doprawiłam to porządnie i podkolorowałam i wyszło mi, że moje dziecko omal nie złamało sobie karku.

Najgorsze jest to, że nad łóżeczkiem chimerkowego niemowlęcia wisi obraz… Już raz go zdjęłam, ale Jego Wysokość go powiesił i mi wygarnął.

Ja nie wiem, jak ja to dziecko wychowam.

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

zaklinaczka niemowląt

19 sty

Chimerka Matka z nosem w Świętej Księdze* studiuje zachowania niemowląt. Święta Księga pozwoliła wejrzeć w duszę Chimerkowego Niemowlęcia, a zapisane w Świętej Księdze propozycje okiełznania maleństwa okazały się strzałem w dziesiątkę. I tak Chimerka Matka przesypia całe noce i to niemal od 3 miesięcy. Należy tu zaznaczyć, że Chimerkowe Niemowlę ma 3,5 miesiąca. Cała noc oznacza 10 godzin, ma się rozumieć. Ponadto Chimerkowe Niemowlę budzi się z uśmiechem na ustach i grzecznie czeka, aż matka łaskawie do niego podejdzie. Dodatkowo Chimerka Mniejsza płacze średnio 2 razy w tygodniu i cichnie, a wręcz uśmiecha się, gdy tylko się ją przytuli. Za dnia jada co 3 godziny i jak na małego naukowca przystało interesuje się grzecznie wszystkim, jak również raczy się w ogóle nie nudzić i, co najważniejsze, NIE MARUDZIĆ. A i przybiera prawidłowo…

Wiem, nie zasługuję na takiego anioła. I wiem, znacząco różni się zachowaniem od obojga rodziców. Dlatego też uznałam, że Chimerkowe Niemowlę zostało podmienione w szpitalu. Zapewne przez kosmitów, ponieważ każdy kto Chimerkowe Niemowlę pozna oświadcza natychmiast, że takiego wspaniałego (czytaj dobrze ułożonego) dziecka jeszcze nie widział.  Co bardziej zawistni wróżą nam rychłą przemianą w ryczącego potwora, ale jakoś się te wróżby nie sprawdzają.

Z drugiej strony… być może jestem świetną zaklinaczką niemowląt :) co należałoby rozważyć pod kątem zarobkowym :)

*) „Język niemowląt” Tracy Hogg, Melinda Blau

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

żyjemy – całe chimerzaste plemię :)

05 gru

Tak trochę wenę straciłam i trochę przerażona jestem, że macierzyństwo ograniczyło moje myślenie do tematów wyłącznie z tym związanych. W ogóle się nie spodziewałam, że np. niemowlęcy proces wydalniczy będzie tak emocjonujący. Zaczynam się zastanawiać, czy Jego Wysokości nie znudzi w końcu informowanie go od drzwi o kolejnej kupie stulecia. Choć na razie, zgodnie z mechanizmem, Jego Wysokość emocjonuje się ową kupą stulecia równie mocno, jak ja :)
Generalnie zostałam tymczasowo zredukowana do baby-service. Nie mam nic przeciw, bo w końcu to cudowna funkcja, ale chciałabym już pójść na zakupy i odwalić się super na gwiazdowe przyjęcie w pracy. Chimerkę Mniejszą też odwalę, bo zaproszono nas obie :) Ona i ja musimy być najpiękniejsze :)
Swoją drogą, jak ona się uśmiechnie, to cała reszta przestaje być ważna :)

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Jej Wysokości Chimerki Mniejszej wyczyny

02 lis

Ja już nie wiem, jak to jest z tymi noworodkami. To znaczy wiem tylko tyle, że należy uważać na małych chłopczyków, ponieważ mają oni tendencję do obsikiwania swoich rodziców. No, ale to zrozumiałe zważywszy na narzędzie jakim są owi chłopcy obdarzeni. Tymczasem ja tu sobie spokojnie przewijam Jej Wysokość Chimerkę Mniejszą, już jestem ubrana i umalowana przed spacerem a tu co? Jej Wysokość Chimerka Mniejsza z pełnym spokojem obsikuje mnie łaskawie wysokim strumieniem od stóp do głów! I jakim cudem – niech mi ktoś powie? Przecież moja Chimerka nie ma siusiaka, który by to zadanie ułatwił. Ale nic to! W końcu jestem już niemal doświadczoną Matką Polką z miesięcznym stażem, więc sytuacja została opanowana. Mój błąd polegał jednak na tym, że w ogóle nie zwracałam uwagi na anielski spokój Jej Wysokości Chimerki Mniejszej. A powinnam! Przecież już wiem, że w czasie, gdy odbywa się produkcja kup moje dziecię jest spokojne i bardzo skupione. W jednej chwili bowiem Chimerka Mniejsza zasrała cały przewijak u dołu oraz obrzygała go u góry. To tylko Jego Wysokość potrafi łapać chimerkową kupę w locie. Proszę sobie teraz wyobrazić doświadczoną Matkę Polkę na chwilę przed spacerem, podczas którego miała czarować tatusiów z dziećmi. Obsikany i zasrany obraz nędzy i rozpaczy.
Mój aniołek po oddaniu wydzielin spokojnie zasnął na przewijaku podkuliwszy nóżki i złożywszy łapeczki. A mamusia do poprawki… :)

 
Komentarze (4)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS