TU SOBIE PISUJE CHIMERKA

po części racjonalna, po części emocjonalna, chimeryczna – KOBIETA – z przymrużeniem oka od stycznia 2002 roku

Trochę dorastam. Stałam się ostrożna i uważna, co nie zmienia faktu, że podczas Majówki udało mi się jednak zrobić sobie mniejszą lub większą krzywdę, jak nie sobie, to moim gospodarzom ;) Cudowna była ta Majówka. Spędziłam tydzień z moją rodziną w pięknym miejscu na Mazurach – Garbatych z resztą – w cudownie klimatycznym przedwojennym domu, w którym czuć drewno i kamień. Wieczorami rozchodzi się sentymentalnie urzekający zapach gnojówki rozrzucanej na pola, a kwiaty łąkowe szaleją wszędzie – między trzcinami, zlewając się z jeziorem, wdrapując na pomosty. W tym wszystkim ja z aparatem :) Łapiąc cudne, życiowe ujęcia brodziłam w lodowatej wodzie, leżałam w błocie, poparzyłam kark pokrzywami. Ujęcia życia są. Niestety w większości prześwietlone :( wieczory spędzam teraz na ratowaniu moich życiowych ujęć, których jest ze 2 tysiące ;)

W ferworze altruizmu, ostrzegając A., żeby nie łaziła po metalowych ramach w stodole, odwróciłam się i dałam sobie centralnie w oko skoblem od bramy do stodoły, 15 minut wcześniej miałam bąble po pokrzywach na karku i zakwasy, bo dzień wcześniej dętka w rowerze poszła mi przeszło 10 km od domu. Wracałam piechotą w oparach gnojówki. Całe szczęście z Przyjaciółkami, które po tym doświadczeniu określam tym dumnym mianem, albowiem nie zostawiły mnie z moją pękniętą dętką :)

Najważniejsze dokonanie i sukces na wielką skalę to nauczenie Chimerkowego Dziecięcia lat 4,5 słowa EKWILIBRYSTYKA – bez zacięcia i z pięknym „r”. Jestem dumna. Nota bene Chimerkowe Dziecię zakochało się w 11-letnim synu gospodarzy. Ładny chłopaczek, bardzo mądry – potrafi wymienić łacińskie nazwy wszystkich robali świata. Pasują do siebie. Starzeję się. Siedziałam w fotelu patrząc, jak grają w grę i myślałam sobie o tym, jak brzmiałoby imię mojego dziecka, przy nazwisku nowego obiektu jej westchnień :) Nowego. W przedszkolu ma całych dwóch :) Ciekawe po kim taka kochliwa ;)

Kreatywność – fajna cecha, ale każda zaleta może być również wadą. Nadmiar kłębiących się w głowie pomysłów, wpadanie nowych, inspirowanie się wszystkim wokół powoduje, że miewam wpadki rozmaite, błądzę, wstawiam czajnik do lodówki i nie słyszę, co mówi do mnie Jego Wysokość. To wygodna właściwość, szczególnie wtedy, gdy Jego Wysokość mówi do mnie o rzeczach dla mnie niewygodnych :)

Niemniej kreatywność taka, niech już się tak nazywa, jest utrudnieniem, jeśli nie jest odpowiednio zarządzana. Objawia się to – ni mniej ni więcej – bardzo poważnym galimatiasem w głowie. Nadmiar myśli rozpiera się do granic możliwości naciskając i szarpiąc ścianki kory, by się wyrwać. Murowane rozproszenie uwagi i dekoncentracja. Mózg jest pojemny, ale nie do przesady – nie starcza więc miejsca na skrupulatne listy zakupów, spraw bieżących do załatwienia, rzeczy ważnych do zrealizowania.

Na upartego dopatrywać się w tym można jakiegoś, jeszcze nie odkrytego geniuszu :) Toż genialni naukowcy zwykle mają problem z ogarnianiem rzeczywistości :)

Od kilku lat jest lepiej – nie, żebym nagle zatraciła podobieństwo z genialnymi tego świata, wystarczyły 2 proste zabiegi – zapisywanie i planowanie. Proste. Nadmiar myśli systematycznie wyrzucam z głowy zapisując je – listy są czasem długie: bieżące problemy, odwieczne problemy, pomysły do zrealizowania, rzeczy do zrobienia na już, rzeczy do zrobienia na kiedyś oraz bieżące listy zakupów itp.
Oto mam za sobą krok pierwszy – uporządkowanie bałaganu w głowie, wszystko od razu staje się przejrzyste, problemy nabierają kształtów i jak się okazuje wcale nie są takimi potworami, jakby się wydawało. Pomysły wreszcie mogą zostać rozpisane i przekształcone w projekty. Sprawy do załatwienia posortowane i sklasyfikowane, opatrzone terminami realizacji i wprowadzone do kalendarza. I co się okazuje? Głowa staje się lekka i rzeczy zaczynają się dziać. Kalendarz pilnuje terminów realizacji. Oszczędność czasu i energii OGROMNA. Od kilku lat STARAM SIĘ stosować te 2 proste sposoby: zapisuję/rozpisuję i planuję realizację. Jest mi lepiej :) Niemniej jednak czasem zdarza się zabłądzić, wejść na szklane drzwi, czy też strzelić gafę. Innymi słowy – uwielbiam bujać w obłokach przesiadując niemal stale w swojej własnej głowie.

Wiosna przyszła. Mrówki wyszły. Na razie tylko zwiadowcy, jak pojawią się kopczyki będę wiedziała, że wiosna się zadomowiła na dobre.

Emocje. Walka z emocjami jest niczym walka z wiatrakami. Płonę żywym ogniem za każdym razem, jak coś nie idzie po mojej myśli, ba nie ważne nic, byle tylko sobie spłonąć. A tak. W efekcie spalam się w ciągu 15 minut zostawiając po sobie zgliszcza. Po spaleniu niczym oczyszczona bogini niewinności i cnoty wszelkiej wyłaniam się cała w uśmiechach. Uśmiech rzednie mi w chwili, gdy dociera do mnie cóżem w owym samospaleniu uczyniła ze światem wokół. Często już zbyt późno by ratować sytuację. Bogini niewinności i wszelkiej cnoty zmienia się w udręczoną boginię skruchy i pojednania lejąc łzy rzewne nad rozlanym mlekiem. Jego Wysokość od lat twierdzi, że powinien mi zdrowo wpierdolić, jednakże z czynem gorzej, a może by pomogło, by inni cierpieć nie musieli. Bogini skruchy bowiem urok ma nieprzeciętny, który dupę jej podłą ratuje za każdym razem. Zarządzanie emocjami? Przebóg cóż to w ogóle? Nijak nie umiem ogarniać takiego zarządzania, to emocje mną zarządzają, aż żal patrzeć. I tym optymistycznym akcentem pozdrawiam weekendowo.

dylemat majtek

1 komentarz

Jestem kobietą rozmiarów słusznych. Słuszne oznacza ni mniej ni więcej tylko prawidłowe :) Tak przynajmniej staram się o sobie myśleć i jestem szczęśliwa. Mój rozmiar to 38, choć mógłby być 36, a nawet 34 – wówczas wyglądałabym jak słony paluszek. Zero seksu. Bo czyż słone paluszki są seksowne? Owszem ma to swoje plusy a mianowicie… mogłabym NAŻERAĆ się do nieprzytomności :) Trzymamy sztamę z Be, która generalnie również jest 38. Motto życiowe – nie zadawać się z pedofilami, którzy ukochali sobie 34. Z całym szacunkiem dla tego rozmiaru, bo przy wzroście sporo niższym od mojego – będzie on idealny. Proporcje muszą być zachowane.

Co nie przeszkadza, że nie jem dziś obiadu. Z różnych przyczyn postanowiłam zostać słonym paluszkiem :) Mam nawet w szufladzie mojego dziecięcia pasujące majtki, ewentualnie.

Banalne, acz niewyjaśnione zjawisko wszędobylskiego bałaganu w moich torbach i torebkach jest skądinąd niezwykle również fascynujące. Rozmiar w tym akurat przypadku zupełnie nie ma znaczenia, czy torba jest duża czy jest mała wszędobylski bałagan jest obecny i jest zawsze w tym samym rozmiarze. Próba szybkiego znalezienia czegokolwiek jest z góry skazana na porażkę – rzeczy zmieniają swoje położenie, jak tylko wyczują zagłębiającą się do wnętrza torebki rękę, potem drugą. Jedynym wyjściem – czasami – jest kucnięcie na środku ulicy i wysypanie wszystkiego na chodnik, co wzbudza powszechne zainteresowanie – ot jakaś nawiedzona wariatka szarpiąca się z torebką. Przyprawia mnie to nieustannie o ból głowy.

Niesamowitość całej sytuacji polega na tym, że szukając jakiegoś przedmiotu dzień wcześniej znajduję go za 10 podejściem, szukając dzień później innego ten wczorajszy wpada w ręce za pierwszym razem.

Swoje nieustanne zdziwienie tym faktem Jego Wysokość kwituje z niedowierzaniem „co ty tam nosisz?”. I to jest pytanie, na które bardzo trudno odpowiedzieć :)

Czy ktoś potrafi to wyjaśnić?

Czy jest coś cudowniejszego niż babski wieczór? Odpowiem od razu – nie ma. Wyjątkowe spotkanie, którego nigdy nie doświadczy żaden mężczyzna, chyba, że sam ma spory pierwiastek kobiecości i coś takiego go kręci. Mężczyźni nie rozumieją fenomenu babskich spotkań z kilku powodów, przede wszystkim jednak z podstawowego – wszystkie, choćby było ich 10 mówią jednocześnie, a co najdziwniejsze – nie tracą wątków, są dokładnie zorientowane w każdym z 10 tematów. Przerasta to niestety zdolności przeciętnego mężczyzny, który nie rozumie celowości i sensu tego rodzaju wymiany doświadczeń. Kolejnym elementem, którego mężczyzna nie zrozumie jest piszczenie. Osobiście nie rozumiem tego również, co nie przeszkadza, że piszczę, kiedy mam tylko okazję :) Jest jeszcze śmiech do obłędu z trzepotaniem rękami.

Generalnie to wszystko wydaje się płytkie, powierzchowne, ale to jest… nieprawdopodobnie wręcz efektywne budowanie relacji. Endorfiny i dopamina krążą w żyłach nasycając serca przefajną głupawką. Od tysięcy lat kobiety czerpały z siebie nawzajem, rozmawiając, będąc razem, sikając razem i pracując razem budowały bardzo silne więzi podczas gdy ich mężczyźni polowali.

Jutro czeka mnie długo wyczekiwany sabat czarownic, to taki czas, kiedy nie muszę trzymać fasonu, nie muszę się kontrolować, nie muszę uważać na to, co mówię. Fajny, zwariowany, fantastyczny czas pozostawiający przyjemne emocje na cały tydzień :)

10 rocznica mojego bloga skłoniła mnie do refleksji. Wikipedia podaje, że początki blogowania w Polsce to rok 2003. Nieprawda, wtedy było już ich całkiem sporo, zaczęło się przynajmniej 2 lata wcześniej. Blog.pl był pierwszym polskim blogowiskiem, dołączyłam w styczniu 2002 roku i byłam wtedy w pierwszych kilku setkach. Wówczas blogerzy z pierwszej dziesiątki byli swoistą elitą blogowiska – niektórzy z nich cały czas są aktywni.

Przez te 10 lat wiele się zmieniło. Rozwinęło się mnóstwo portali społecznościowych, blogów są niezliczone ilości. Ale wtedy, 10 lat temu było ich w Polsce zaledwie kilka setek.
Jedna z ówczesnych blogerek opublikowała swój blog w formie książkowej. Ja sama – w 2003 r. otrzymałam propozycję od dziennikarza radiowej Trójki udzielenia wywiadu w audycji o polskich blogerach. Teraz wirtualna twórczość blogowa to nic niezwykłego.

Ludzie pragną popularności, pragną chwalić się talentami – różnymi, niektórzy potrzebują publiczności dla swoich problemów, inni potrzebują emocji związanych z ilością wpisów w księdze gości, czy liczbą komentarzy. Są tacy, którzy chcą podyskutować, podzielić się wiedzą z różnych dziedzin. Pragniemy wirtualnej bliskości innych ludzi, pragniemy być podziwiani, chwaleni, czytani. Cieszą nas komentarze, cieszy nas zainteresowanie. Po to właśnie się obnażamy przed potencjalnie szeroką publiką.

Wcale nie jestem inna. Po prostu lubię pisać :) Lubię wiedzieć kto mnie czyta. Przywiązuję się do stałych bywalców.

A smutna strona? Przyszłość w sieci. Kiedyś bawiliśmy się na podwórkach, jako dzieci łaziliśmy po drzewach, zdzieraliśmy ciuchy łażąc po dachach śmietników i po piwnicach. To były przygody. Potem wysiadywaliśmy na ławkach do późnej nocy, szlajaliśmy się po osiedlach. Tego jest coraz mniej. Życie przenosi się do sieci. Dzieci znikają z podwórek i nie łażą po drzewach. Są wybitnie uzdolnione i świetnie sobie radzą z nowoczesnymi technologiami, potrafią się poruszać w wirtualnych rzeczywistościach. Mają coraz większe problemy z budowaniem relacji w realu, łatwiej im w sieci – te zbudowane w realu natychmiast są tam przenoszone.

FB i NK narzuciły odtajnianie się – ludzie zaczęli funkcjonować w sieci pod własnymi nazwiskami, podajemy szczegóły ze swojego życia, chwalimy się znajomymi, rodziną. Konta na portalach społecznościowych są mega ważne – to życie. Im więcej znajomych – tym wyższy status społeczny. Im więcej szczegółów z życia, zdjęć, fajnych linków, komentarzy – tym ciekawsza wirtualna osobowość. A zaczęło się w 1995 od prostego komunikatora IRC. Wtedy to był kosmos – świetna sprawa… „cześć, jak masz na imię? Ile masz lat? Jak wyglądasz – opisz się. Czego słuchasz? Jaki masz kolor oczu?”. Niektórzy pamiętają  Komunikatory funkcjonują nadal, ale na początku były tylko one.

Dzieciaki, połaźcie czasem po drzewach.

Niesamowite, nieprawdopodobne.

W styczniu minęło 10 lat funkcjonowania tego bloga. Zastanawiam się, czy się z nim zestarzeję :)) Po tylu latach jestem w stanie docenić wartość tej mojej produkcji.

Życzcie mi wytrwałości na kolejne 10 lat :))

Czasem lubię sobie poobserwować mężczyzn na zakupach. Zazwyczaj robię to w sklepach z ciuchami dla kobiet, bo tam bywam częściej niż w sklepach z narzędziami, czy elektroniką, gdzie mężczyźni czują się swobodniej. W sklepach z damskimi ciuchami faceci czują się zdecydowanie mniej pewnie, choć różnie i dlatego są wdzięcznymi obiektami obserwacji.  Oto mamy więc samców alfa torujących swoim kobietom drogę między wieszakami. „Oto ja”, mówią ich twarze, „kroczę tu i nic nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi. W każdym miejscu czuję się jak u siebie – tu nasikam, tam nasikam – teren naznaczony”. Są też niepewni wrażliwcy chcący uchylić kobiecie nieba, rozglądają się na boki, trochę zagubieni, i nerwowo patrzą na towarzyszki – oglądają też ukradkiem ludzi, bo oczywiście nie stroje, pytając siebie „czy widzą, że tu jestem? Nie powinno mnie tu być”. Są też – o dziwo – kreatorzy mody, zwykle ubrani dość odważnie, ich kobiety czekają w przymierzalniach, a kreatorzy mody znoszą im naręcza ubrań skrupulatnie i samodzielnie wcześniej przez siebie wybranych.  
Lubię chodzić na zakupy sama. Jeśli – na moje nieszczęście – towarzyszy mi Jego Wysokość przypłacam to dysonansem po zakupowym. A to jest po prostu nie do zniesienia. Zaklęcie sprzyjające dysonansowi po zakupowemu: „a długo jeszcze?” oraz „po co ci kolejne (tu pada liczba) to, to czy tamto?” Jedno jest pewne, żeby zrozumieć cały proces zakupu fajnego, wymarzonego ciucha trzeba mieć w sobie spory pierwiastek kobiecości ;)

Są wreszcie typowi faceci, którzy zostali wyrwani ze swojej męskiej codzienności i wypad z kobietą na zakupya traktują jako największą torturę (patrz Jego Wysokość). Na początku związku wykazują się oni ogromną cierpliwością, usiłują nawet doradzać, totalnie zagubieni oglądając swoją kobietę w dziesiątkach sukienek zupełnie nie rozumieją czym te sukienki się od siebie różnią. Po latach dowiadują się, że sukienka to coś zgoła innego niż spódnica. Cierpią katusze, kiedy muszą wskazać choćby kolor, w którym ich towarzyszce jest lepiej. Wznoszą oczy ku niebu słuchając lamentów, jaka to ich kobieta jest gruba, krzywa czy garbata. W zależności od fazy związku – albo mają natarczywe myśli by zerwać z towarzyszącej sobie kobiecie sukienkę i schować się z nią (kobietą nie sukienką) w przymierzalni, albo uciec jak najdalej. W końcu, z latami nabierają asertywności i kończą w sklepach z elektroniką. Ostatecznie samce alfa mają podobnie, w końcu nudzą się tym ciągłym obsikiwaniem, torowaniem i też uciekają. Wrażliwcy nie mają odwagi, bo tym się zwykle dostaje – bo to mężczyźni kobiet silnych i dominujących. Modowi kreatorzy stanowią dla mnie zagadkę – nie wiem, na ile szczerze dla nich przyjemne jest to dostarczanie samodzielnie wybranego towaru do przymierzalni.
Zakupy z Jego Wysokością? Dysonans pozakupowy murowany.

Nikt mi nie powie, że mamy kryzys – do Arkadii nie można wepchnąć choćby jednej nogi. Całe masy ludzi przelewają się z torbami zakupów, kolejki przy kasach, obsadzone stoliki galeryjnych kafejek. Kryzys? Jaki, kurwa,  kryzys? No, ale nogę wsadzić musiałam i ciężko przypłacił to mój… biust. Otóż to. Dziś święta chimerka będzie pisać o swoim biuście ;) Ale nie frywolnie.


Po raz drugi bowiem pozwoliłam dotknąć obcej kobiecie swoich piersi. Pierwszy był trudny, za drugim razem poszło dużo łatwiej ;) Nie wiem, czy się nie załamać, bo zwykle przy tej okazji patrzono mi w oczy, a przynajmniej na wspomniane piersi ;) Ale nic. Kompetentna kobieta ze sklepu z damską bielizną brutalnie upychała dziś mój biust w przeróżne staniki, by wybrać ten idealny i wymarzony. Taki, który robi czarodziejskie, cudowne rzeczy z kobiecym biustem i to nie na raz. Długoterminowo
J Strasznie to przeżyłam, ale cierp ciało, skoro chcesz pięknie wyglądać J


Otóż jest tak – większość kobiet nie potrafi dobrać sobie odpowiedniego stanika, w związku z czym – pomimo, że szczupłe – mają wiszące „schaby” nad żebrami i biust rozłażący się na boki. Kobiety z pięknymi, dużymi piersiami, wąskie pod nimi noszą za duże w obwodach o za płytkich miskach (próbują chyba zmniejszyć) – w efekcie staniki podchodzą do góry a piękne piersi wyglądają żałośnie i marnieją latami zaniedbywane. Z kolei te z małymi piersiami noszą zbyt duże, powypychane miski sądząc, że optycznie powiększą ich piersi a one duszą się biedactwa uciskane masą wypychaczy.


A wystarczy tak niewiele – pozwolić kompetentnej brafiterce dobrać sobie stanik. Okazuje się, że taki biustonosz to zbroja, stelaż, który modeluje biust w sposób doskonały. Po miesiącu wydaje się pełniejszy a obwód pod nim się zmniejsza. POLECAM.  


Z pozdrowieniami, zadowolona chimerka w seksownym staniku ;)

Powered by WordPress Web Design by SRS Solutions © 2012 TU SOBIE PISUJE CHIMERKA Design by SRS Solutions
  • RSS