Trochę dorastam. Stałam się ostrożna i uważna, co nie zmienia faktu, że podczas Majówki udało mi się jednak zrobić sobie mniejszą lub większą krzywdę, jak nie sobie, to moim gospodarzom ;) Cudowna była ta Majówka. Spędziłam tydzień z moją rodziną w pięknym miejscu na Mazurach – Garbatych z resztą – w cudownie klimatycznym przedwojennym domu, w którym czuć drewno i kamień. Wieczorami rozchodzi się sentymentalnie urzekający zapach gnojówki rozrzucanej na pola, a kwiaty łąkowe szaleją wszędzie – między trzcinami, zlewając się z jeziorem, wdrapując na pomosty. W tym wszystkim ja z aparatem :) Łapiąc cudne, życiowe ujęcia brodziłam w lodowatej wodzie, leżałam w błocie, poparzyłam kark pokrzywami. Ujęcia życia są. Niestety w większości prześwietlone :( wieczory spędzam teraz na ratowaniu moich życiowych ujęć, których jest ze 2 tysiące ;)
W ferworze altruizmu, ostrzegając A., żeby nie łaziła po metalowych ramach w stodole, odwróciłam się i dałam sobie centralnie w oko skoblem od bramy do stodoły, 15 minut wcześniej miałam bąble po pokrzywach na karku i zakwasy, bo dzień wcześniej dętka w rowerze poszła mi przeszło 10 km od domu. Wracałam piechotą w oparach gnojówki. Całe szczęście z Przyjaciółkami, które po tym doświadczeniu określam tym dumnym mianem, albowiem nie zostawiły mnie z moją pękniętą dętką :)
Najważniejsze dokonanie i sukces na wielką skalę to nauczenie Chimerkowego Dziecięcia lat 4,5 słowa EKWILIBRYSTYKA – bez zacięcia i z pięknym „r”. Jestem dumna. Nota bene Chimerkowe Dziecię zakochało się w 11-letnim synu gospodarzy. Ładny chłopaczek, bardzo mądry – potrafi wymienić łacińskie nazwy wszystkich robali świata. Pasują do siebie. Starzeję się. Siedziałam w fotelu patrząc, jak grają w grę i myślałam sobie o tym, jak brzmiałoby imię mojego dziecka, przy nazwisku nowego obiektu jej westchnień :) Nowego. W przedszkolu ma całych dwóch :) Ciekawe po kim taka kochliwa ;)